Kontynuacja z:
https://muzeum.startrek.pl/forum/index.php?action=vthread&forum=5&topic=1234&page=1
Słów parę o następcach Verne'a (od których by się odciął, bo nie lubił zmyślania :P*), a zarazem prekursorach podwodnej SF.
W roku 1896 ukazało się "In the Abyss" Wellsa**:
https://en.wikipedia.org/wiki/In_the_Abyss
Powtórzone potem w "Amazing":
(https://forum.startrek.pl/proxy.php?request=http%3A%2F%2Fwww.philsp.com%2Fdata%2Fimages%2Fa%2Famazing_stories_192609_v1_n6.jpg&hash=abbce5a7575b9f8ad713f0e43a31cf1e7c4cf9c8)
A w 1929 mistycyzująca "Głębina Maracot" Conan Doyle'a:
https://en.wikipedia.org/wiki/The_Maracot_Deep
* Z tym, że zmyślenia, nie zmyślenia, batysferę Wells trafnie przewidział:
https://en.wikipedia.org/wiki/Bathysphere
** Do przeczytania, jak ktoś chce:
https://pl.wikisource.org/wiki/W_otchłani
https://gutenberg.org/cache/epub/42989/pg42989-images.html
Drix (na Discordzie) przypomniał - wikipedycznym linkiem - o istnieniu serii Sealab 2020:
https://en.wikipedia.org/wiki/Sealab_2020
To przypomnę o niej i ja, jeszcze dwa linki dorzucając ;):
https://www.imdb.com/title/tt0068129/
http://toonopedia.com/sealab.htm
Ostatnio peregrynują po prefantastyce, powieści z elementami fantastyki z XIX i początku XX wieku. W przzypatku Verna nie bawił się on w tworzeni skomplikowanych postaci psychologicznych. Impey Barbicane, kapitan Nicholl, Michał Ardan z Z Ziemi na Księżyc i Wokół Księżyca są bardzo nijacy. Barbicane jest irytujący, szystko wie, Ardan jest pełen optymizmu i entuzjazmu, ale jest ignorantem. Pierwsza z powieści opisuje właściwie jedynie jak skontruować działo, które wystrzeli pocisk. Plany się zmieniają, wszystko odbywa się w olbrzymim pośpiechu. Zwraca uwagę nie tylko brak państwa, uszczypliwość wobec niektórych nacji (przede wszystkim Brytyjczyków), ale akceptacja na straty w ludziach. Duże inwestycje muszą przynieść ofiary, to dla Verna jest oczywiste. Jak zmienił się świat w ciągu tego póltorej już wieku, dziś budziło to oburzenie. Przynajmniej w Europie, w Katarze już nie. Wokół Księżyca jest w dużym stopniu opisem tego jak wyobrażano sobie Księżyc w XIX wieku. Ciekawiło mnie, czy Verne zdecydujesię wprowadzić inteligentnych kosmitów z Księżyca, ale jednak nie. Za to mamy fascynacje kometami i eter. Zgodnie z ówczesną nauką i wiarą, że osiągnięto zrozumienie świata. Dzisiejszy czytelnik zwróci uagę na brak kobiet, czasy były jednak inne.
Cytat: rs w 16 Sie 2024, 11:11Ostatnio peregrynują po prefantastyce, powieści z elementami fantastyki z XIX i początku XX wieku.
Akurat utwory Verne'a, przynajmniej niektóre, uznałbym - choć wczesne - za rasową SF, z odmiany hard, bez tego pre- ;).
Cytat: rs w 16 Sie 2024, 11:11Ardan jest pełen optymizmu i entuzjazmu, ale jest ignorantem.
Typ gentlemana-pasjonata-dyletanta, dość typowy dla epoki... i chodząca okazja do fundowania - także czytelnikowi - infodumpu ;).
Nawiasem: Ardan miał realny odpowiednik:
https://en.wikipedia.org/wiki/Nadar
Cytat: rs w 16 Sie 2024, 11:11Zwraca uwagę nie tylko brak państwa, uszczypliwość wobec niektórych nacji (przede wszystkim Brytyjczyków)
Cóż, były to - jak się już w sumie rzekło - czasy gdy uprawianie nauki i rozwijanie technologii stanowiło domenę samotnych pasjonatów. I epoka nacjonalizmów.
Cytat: rs w 16 Sie 2024, 11:11Duże inwestycje muszą przynieść ofiary, to dla Verna jest oczywiste. Jak zmienił się świat w ciągu tego póltorej już wieku, dziś budziło to oburzenie. Przynajmniej w Europie, w Katarze już nie.
Zauważmy jednak, że budziłoby to oburzenie w wypadku inicjatyw państwowych i wielkokorporacyjnych. Tam jest to przedsięwzięcie prywatne, a te i dziś oceniane są inaczej - Baumgartnerom, Piccardom trzecim czy - ginącym rokrocznie - himalaistom nikt na ręce nie patrzy (w końcu narażają tylko samych siebie, góra kolegów z grupy wspinaczkowej), najwyżej podda w wątpliwość sens przedsięwzięcia. Więc to nie tylko kwestia ducha czasu.
Cytat: rs w 16 Sie 2024, 11:11Ciekawiło mnie, czy Verne zdecydujesię wprowadzić inteligentnych kosmitów z Księżyca, ale jednak nie.
Cóż, jak sam twierdził (zarzucając Wellsowi przeciwstawną postawę), nie lubił zmyślać.
Cytat: rs w 16 Sie 2024, 11:11Dzisiejszy czytelnik zwróci uagę na brak kobiet, czasy były jednak inne.
Za to u Żuławskiego, niespełna pół wieku później, już była.
Przeczytałem kolejną przygodę profesora Chellengera (po Zaginionym świecie) - The Poison Belt. Pomysł Conana Doyle'a nawet ciekawy - znów w głownej roli eter. Conan Doyle opisuje koniec ludzkości beznamiętnie, jak Wells w Wojnie światów - inna sprawa, że na koniec ratuje ludzkość. Lekko zalatuje rasizmem - Słowianie w cesarstwie austriackim łatwiej ulegają zaleństwu niż Niemcy. Chellenger wychodzi na postać do bólu klasistowską, służącemu oznajmuje, że świat się skończy, ale nie wpadł na pomysł zapewnienia mu tlenu. Podobnie z kucharką. W końcu to inna klasa. Jedno się Conan Doyle'owi udało. Staruszka, która w obliczu zagłady ludzkości - a raczej kiedy została jedną z kilku pozostałych osób - zamartwia się o wycenę akcji [1]
[1] W zaginionym świecie podobnie uroczą osobą jest narzeczona Edwarda Malone, która chce go spławić, a po powrocie z Ametki Południowej dziennikarza zdażyła wyjśc za mąż za nudnego, ale bogatego Anglika. Czytając początek Zaginionego świata pomyślałem, że dziewczę chce spławić Malone`a choć obstawiałem, że na końcu odda rękę bohaterskiemu Irlandczykowi. Conan Doyle zapunktował u mnie za te rozwiązanie fabularne
Cytat: rs w 16 Sie 2024, 21:34Chellenger wychodzi na postać do bólu klasistowską, służącemu oznajmuje, że świat się skończy, ale nie wpadł na pomysł zapewnienia mu tlenu. Podobnie z kucharką.
Owszem, nieelegancko z jego strony, ale pamiętajmy, że choć rektyfikację (pozwalającą m. in. na uzyskiwanie czystego tlenu z powietrza) wymyślono dawno temu:
https://en.wikipedia.org/wiki/Fractional_distillation
Pierwsze poważniejsze aparaty tlenowe (do nurkowania) powstały w latach '40 XX wieku
*:
https://en.wikipedia.org/wiki/Aqua-Lung
https://en.wikipedia.org/wiki/Lambertsen_Amphibious_Respiratory_Unit
Zatem jeśli w świecie utworu - który dziś musimy traktować jako historię alternatywną - Challengerowi udało się to wcześniej, dysponował zapewne pojedynczymi, pionierskimi, urządzeniami i musiał wybierać z kim się nimi podzieli.
* By być ścisłym: gdy Doyle to pisał, istniały prymitywne aparaty tlenowe do nurkowania Fleussa i Davisa, ale tlenu z nich starczało na b. krótko - w wypadku prekursorskiego aparatu Fleussa były to - teoretycznie, w praktyce na używaniu go przez jedną się skończyło - trzy godziny, w przypadku masowo stosowanej produkcji Davisa - ledwo godziny pół (i raczej ;) nie było go tam dość, by cały pokój napełnić):
https://en.wikipedia.org/wiki/Henry_Fleuss
https://spinnaker-watches.com/blogs/deep-time-chronicles/the-life-and-legacy-of-henry-fleuss-a-pioneer-in-diving-technology
https://spinnaker-watches.com/blogs/deep-time-chronicles/the-invention-of-the-closed-circuit-rebreather-henry-fleuss-game-changing-innovation
https://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Davis_(inventor)
https://eehe.org.uk/?p=69005
https://en.wikipedia.org/wiki/Davis_Submerged_Escape_Apparatus
Zas aparaty używane przez himalaistów stanowiły pieśń następnej dekady:
https://en.wikipedia.org/wiki/High_altitude_breathing_apparatus#History_of_mountaineering_breathing_apparatus
EDIT:
Namądrzyłem się, nateoretyzowałem, aż w końcu wpadłem na pomysł, by - po prostu - odświeżyć sobie kluczowy fragment omawianego utworu:
https://en.wikisource.org/wiki/The_Poison_Belt/Chapter_1
I widać tam, że Challenger pisał przyjaciołom
"Bring oxygen" (butle, nie żadne aparaty oddechowe zresztą). Czyli albo okazał się tak zafiksowany na swoim odkryciu, a oderwany od
prozy życia (zgodnie ze stereotypami szalonego naukowca, niepraktycznego mędrca, itd.,), że i im zasadniczo kazał samym sobie radzić (choć udzielił ogólnikowych wytycznych) - czyli klasizm jest tylko częścią problemu, albo nie było go, po prostu, na nabycie większej ilości tlenu stać.
Skądinąd - gdy o odkryciach mowa - to było inspiracją do napisanie "Pasma...":
https://en.wikipedia.org/wiki/Fraunhofer_lines
Cytat: rs w 16 Sie 2024, 21:34Jedno się Conan Doyle'owi udało. Staruszka, która w obliczu zagłady ludzkości - a raczej kiedy została jedną z kilku pozostałych osób - zamartwia się o wycenę akcji [1]
[1] W zaginionym świecie podobnie uroczą osobą jest narzeczona Edwarda Malone, która chce go spławić, a po powrocie z Ametki Południowej dziennikarza zdażyła wyjśc za mąż za nudnego, ale bogatego Anglika. Czytając początek Zaginionego świata pomyślałem, że dziewczę chce spławić Malone`a choć obstawiałem, że na końcu odda rękę bohaterskiemu Irlandczykowi. Conan Doyle zapunktował u mnie za te rozwiązanie fabularne
Mówisz, że nie ma to jak zdrowo sceptyczny stosunek do ludzkiej natury i brak cukierkowych happy endów? ;)
W czasach Chellengera butle z tlenem są kupowane. Pewnie nie są tanie. Chellenger swoim gościom nakazał kupić po butli z tlenem. Służących pewnie nie było na to stać. Conan Doyle nie był zresztą do końca konsekwentny - z jednej strony koniec świata przetrwało w Anglii co najmniej 5 osób, z drugiej po liście Challengera wiele osób kupowało tlen, tak że nie można było go już kupić. Żadna z tych osób nie przetrwała. To nie była kwestia przygotowania pokoju przez Chellengera - staruszka od akcji zachowywła się jak zawsze. Jest jedno wytłumaczenie - Londyn być może być bliżej morza, a efekty zatrucia najpierw były widoczne nad morzem
Heh, w czasie, gdy pisałeś swojego posta, doedytowywałem właśnie fragment o butlach, bo w końcu do "Pasma" sięgnąłem. I - tak - masz rację, że nie jest to do końca konsekwentnie domyślane, ani poprowadzone (pewnie dlatego, że kluczowe dla fabuły ani stojącego w jej centrum Pomysłu nie było), jak również w tym, że profesorska postawa sprowadza się cokolwiek do "radźcie sobie sami", nawet w odniesieniu do jego towarzyszy.
A propos butli - dawało je się wtedy nabyć w celach medycznych, acz wątpliwe - jak czas pokazał - bywały ówczesne tlenoterapie:
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1079621/
https://economictimes.com/industry/healthcare/biotech/healthcare/history-of-medical-oxygen-how-the-key-to-covid-fight-was-once-used-to-be-a-feared-thing/articleshow/82269975.cms
Cytat: Q__ w 16 Sie 2024, 17:33Typ gentlemana-pasjonata-dyletanta, dość typowy dla epoki... i chodząca okazja do fundowania - także czytelnikowi - infodumpu ;).
Tak oczywiście. Powieści były bardzo erudycyjne. Verne przemycił sporo ówczesnej wiedzy o Księżycu. W innych powieściach jest podobnie. O ile są to proste fabularnie dzieła, to ich napisanie wymagało sporo wiedzy i sporo uczyły. W tym wypadku o geografii Księżyca. Inna sprawa, że pokazuje to niepewność wiedzy i tego jak pewne rzeczy ulegają zmianie. Ciągle jesteśmy pewni że wiemy wszystko, tyle że już nie rozważa się wpływu eteru :)
Cytat: rs w 17 Sie 2024, 10:30Powieści były bardzo erudycyjne. Verne przemycił sporo ówczesnej wiedzy o Księżycu.
Acz jednocześnie - że do tematu
zmyślania powrócę - księżycowo-armatnia trylogia (bo istnieje jeszcze trzeci tom, z fabułą już na Ziemi) Verne'a jest jednak mniej serio niż większość jego czołowych dzieł (byłaby swoistym verne'owskim prekursorem utworów o Tichym? ;)), i od strony technicznej (J.V. raczej musiał być świadomy, że podanym przez niego sposobem na Księżyc się nie doleci, żywcem w każdym razie ;)), i dlatego, że pod koniec w ironię i satyrę skręca:
https://en.wikipedia.org/wiki/The_Purchase_of_the_North_Pole
tego jeszcze nie czytałem. Właśnie dlatego, że opowieść rozgrywa się na Ziemi :).
Zdaje się, że w pierwszej części trylogii Verne popełnił błędy w obliczenich, może to nawiązanie do tego, pocisk nie osiągnąłby prędkości ucieczki. Inna sprawa, że w 1865 rok, kiedy powstała powieść, to nadal człowiek nie wniósł się w niebo poza balonem. Pociąg to najwiękzy przejaw technologii. Verne dożył pierwszego samolotu. Ciągle szokuje jak zmieniła się technologia podróży między erą pary a podróżami na Księżyc. To było tak krótki czas i jak mało poczyniono od tego czasu (oczywiście w innych dziedzinach zmiany były równie duże, wystarczy zobaczyć jak komputery zmieniły świat między podróżą na Księzyc a dniem dzisiejszym)
Cytat: rs w 17 Sie 2024, 12:21tego jeszcze nie czytałem. Właśnie dlatego, że opowieść rozgrywa się na Ziemi :).
Nie jesteś w tym odosobniony. Często zapomina się o istnieniu trzeciego tomu (nawet długo wznawiany nie był), a IMHO niesłusznie skoro już zaistniał, zwł., że jego lektura zmienia odbiór całości.
Cytat: rs w 17 Sie 2024, 12:21Zdaje się, że w pierwszej części trylogii Verne popełnił błędy w obliczenich, może to nawiązanie do tego, pocisk nie osiągnąłby prędkości ucieczki.
Mniej mi chodziło o błędy, bardziej o świadome
machnięcie ręką na fakty (że pocisk załogowy to nie jest dobry pomysł), by fabułę do przodu pchnąć. Co zresztą przypomina późniejsze wprowadzenie przez Żuławskiego - realnie nieistniejącej - dysponującej atmosferą części Księżyca.
(Tak chyba rodził się schemat tzw.
one big lie jako sprężyny fabularnej - potem jego rolę pełnił często wyciągnięty z kapelusza napęd nadświetlny
* - choć korzeni takich rozwiązań da się chyba doszukać jeszcze wcześniej, w - też księżycowym ;) - "Sominium" Keplera, gdzie do uruchomienia fabuły SF, czy też proto-SF służą demony.)
* Acz bywały do takich celów używane również (przez Burroughsa np., ale i przez Stapledona) projekcje astralne, czy dalekie od realizmu konwencjonalne statki kosmiczne typu Kosmokratora i rakiety z "Edenu".
Cytat: rs w 17 Sie 2024, 12:21Ciągle szokuje jak zmieniła się technologia podróży między erą pary a podróżami na Księżyc. To było tak krótki czas i jak mało poczyniono od tego czasu (oczywiście w innych dziedzinach zmiany były równie duże, wystarczy zobaczyć jak komputery zmieniły świat między podróżą na Księzyc a dniem dzisiejszym)
I tu możemy zazdrościć paru generacjom pisarzy SF - od Verne'a po Clarke'a, Lema i ich współczesnych - że takie przemiany na własne oczy oglądali. Z drugiej strony - może i oni zazdrościliby nam, że żyjemy w przyszłości, nawet jeśli ta okazała się inna, niż oczekiwali...
Podjąłem wyzwanie i czytam Świat do góry nogami. Jestem w połowie. Ale apologia węgla :) inna sprawa, że pewnie w Arktyce są złożą węgla, jak ropy i gazu. Verne chyba niedocenił wielkość złóż węgla. Jego antybrytyjskość jest więcej niż wyczuwalna :) Znów powieść zawiera dużą erudycję i opisy prób docierania do bieguna północnego. Z podkreślaniem roli Francuzów. Pomyłka dotycząca lądu wokół bieguna północnego wynikła z ówczesnego stanu wiedzy.
Cytat: rs w 17 Sie 2024, 23:27Ale apologia węgla :)
Dopiero zaczynali na masową skalę sięgać po paliwa kopalne, nie ma się co dziwić zachłyśnięciu, nawet gdy stało się udziałem geniusza.
Cytat: rs w 17 Sie 2024, 23:27Jego antybrytyjskość jest więcej niż wyczuwalna :)
Nie jest tajemnicą, że wiekiem szedł coraz ostrzej w nacjonalizm (zgodnie z ówczesnymi nastrojami społecznymi zresztą), a to powieść z tych późnych, oznaczająca przeskok o dwie dekady nie tylko
in universe.
Nie stawiam zarzutu o węgiel. Po prostu z punktu dzisiejszego czytelnika jest to zauważalne. To XIX wiek jeszcze przed wiekiem ropy. Ksiażka została opublikowana w 1892 roku (prawie 30 lat po powstaniu drugiego tomu). Ksiażka ma wymiar ekologiczny, co też zwraca uwagę. Działania Barbicane budzą po początkowej euforii niepokój. Jasne zmiana byłaby radykalniejsza niż pomysły Clarke`a czy Lema o osuszenia Morza Śródziemnego, ale jednak budzi wątpliwości, czego nie m u późniejszych autorów.
Verne w Świat do góry nogami przypomina o lękach związanych z rokiem tysięcznym. W czasach, kiedy Verne żył wierzono w tą legendę. Dopiero po jego śmierci (i to prawie pół wieku Bloch, Focillon, Pognon) zwrócono uwagę, że pierwsze opisy trwogi związanej z rokiem tysięcznym to dopiero XV wiek. Z dzieł opisujących rok tysięczny większość niezauważyła jego znaczenia (roczniki z Benewentu, czy z Verdun, Raul Glaber). Roczniki Sigeberta z Gembloux które dały podstawę legendzie o lęku w roku Tysięcznym nie wspominają strachu ludzi, a jedynie pojawienie się na niebie komety
Cytat: rs w 18 Sie 2024, 10:21Działania Barbicane budzą po początkowej euforii niepokój. Jasne zmiana byłaby radykalniejsza niż pomysły Clarke`a czy Lema o osuszenia Morza Śródziemnego, ale jednak budzi wątpliwości, czego nie m u późniejszych autorów.
Tak to rodziła się idea geoinżynierii (w pakiecie z budzonymi przez nią kontrowersjami) ;).
Skądinąd jest to też etap, gdy Verne przechodził od technooptynizmu do bardziej sceptycznej i pesymistycznej postawy.
Zaczęłem czytać 20.000 mil podmorskiej żeglugi. Na wstępie problem wielkości wielorybów. Według Verna znano wieloryby o długości ponad 50 metrów. Najdłuższy osobnik płetwala błękitnego miał 33,0 m i został złowione 3 maja 1930 r. w wodach Antarktydy. Łącznie znanych jest 88 osobników dłuższych niż 30 m, które zostało złowione w latach 1916–1949. Ciekawe skąd Verne miał 50 metrowe wieloryby
Cytat: rs w 19 Sie 2024, 10:40Według Verna znano wieloryby o długości ponad 50 metrów.
Jeśli mowa o drugim rozdziale, to w oryginale mamy tam narwale o długości
soixante pieds (60 stóp), co daje ponad 18 metrów (dla stóp angielskich; dla francuskich
pieds du Roi byłoby to ponad 19). Nadal nie jest to prawda (znamy narwale długie na metrów 5, kieł może im dodać kolejne 3), ale przesada znacznie mniejsza - w liczbach bezwzględnych
* (być może wynikająca z traktowania morskich opowieści jako wiarygodnego źródła informacji; przy czym oddajmy Verne'owi tę sprawiedliwość, że wspomina - ustami Annoraxa - o niedoskonałości i przesadzeniu podobnych szacunków na oko, na przykładzie "Nautilusa").
* W stosunku do realnie obserwowanych rozmiarów (odpowiednio: infrarzędowych i gatunkowych) niekoniecznie.
"Największe wieloryby napotykane w okolicach Wysp Aleuckich, Kulammok i Umgullil nigdy nie miały więcej niż pięćdiesiąt sześć metrów długości, a i też rzadko kiedy dochodiły".
Tutaj muszę przyznać, że czytam tylko polskie tłumaczenie, byc może ww oryginale nie było metrów, a są stopy. Wtedy rozmiar wielorybów nie budziłby zdziwienia. Zdaje się, że prawie wszystkie największe złowione płetwale złowiono wokół Antarktydy.
Nie tylko w przypadku wielorybów Verne przeszacował wielkość: "Umysł ludzki lubi te imponujące wielkością pomysły o istotach nadprzyrodzonych, dla których w morzu najwłaściwsze zdaje się być miejsce — jedyne, w którym mogą rodzić się i wzrastać te olbrzymy, w porównaniu z którymi ziemskie słonie, nosorożce itd. są karłami. Wszak ogromna masa wód morskich unosi największe gatunki znanych zwierząt ssących i może ukrywa mięczaki niezrównanej wielkości, skorupiaki przerażające powierzchownością, np. homary stu metrów długości lub kraby (raki morskie) ważące po dwieście ton! Dlaczegóż by nie"
"Niegdyś zwierzęta ziemskie współczesne epokom geologicznym, czworonożne i czwororęczne, gady, ptaki, miewały olbrzymie rozmiary. Nadaną im przez Stwórcę formę kolosalną czas zmniekszył powoli; ale czemuż by morze w swych głębiach nieznanych nie miało przechować tych okazów życia innego okresu, skoro samo nie ulega zmianom takim, Jakim ulega jądro ziemi, ciągle się prawie zmieniające? Czemuż by morze nie miało przechować w swym łonie ostatnich odmian tych rodzaków tytanicznych" - tutaj ciekawe. Verne pisał kiedy dopiero zaczęto odkrywać dinozaury. Pewnie wiedział o megalozaurze, czy Iguanodonie. Sauropody dopiero były odkrywane (Cardiodon, Cetiosaurus), Apatosaura i Camarasaura opisano już po napisaniu 20 000 mil podmorskiej żeglugi. Verne więc raczej miał na myśli Mamuty i inne wielkie ssaki plejstoceńskie, oraz pierwsze znane dinozaury, pterozaury, czy ichtiozaury. Tyle, że żyjące dziś płetwale błękitne to pewnie największe zwierzęta, które istniały w historii życia na ziemi [1]. Inna sprawa, że dinozury były większe niż ssaki i osiągnęły to już w jurze. Pewnie sprzyjało temu istnienie pangei. Z drugiej strony mamy mylne pojęcie o wielkości ssaków. Zapominamy, że w ostatnich kilkudziesięciu tysiącach lat doszło do wymierania megafauny w Amerykach, Australii, Indiach, Europie, na wyspach. Z zróżnicowanego rzędu trąbowców wymarły wszytkie gatunki poza trzema gatunkami, znikły największe z nich: Mamut kolumbijski (8–12 ton, maks. do 15–17 t), Palaeoloxodon antiquus (10-15 t. maks. 19 t). Znikły też takie olbrzymy jak Megaterium (5 t.). To wciaż dużo mniej niż sauropody, ale największe trąbowce dorastały do rozmiarów dużych dinozaurów z innych grup: ceratopsów (triceratops 6-12 t), hadrozaury (Szantungozaur czy Edmontozaur 13-14 t), teropody (mniej niż 10t). Wciaż żyjemy w erze wielkich zwierząt, choć raczej w dużym stopniu znikły one w ostatnich 100 tys lat.
[1] być może były zwierzęta, które albo były dłuższe niż płetwale, lub ważyły więcej. Szastazaury były raczej mniejsze. Rozmiary sauropodów budzą wątpliwości. Niektóre mogły być dłuższe niż płetale. Problemem jest fakt, że znane są często jedynie z kilku kości i ich szacunki budzą spore wątpliwości. Perucetus mógł być cieższy niż płetwal, ale mógł być sporo lżejszy
Cytat: rs w 19 Sie 2024, 22:27"Największe wieloryby napotykane w okolicach Wysp Aleuckich, Kulammok i Umgullil nigdy nie miały więcej niż pięćdiesiąt sześć metrów długości, a i też rzadko kiedy dochodiły".
A, rozdział pierwszy (wyszukałem po Aleutach):
"Or, les plus vastes baleines, celles qui fréquentent les parages des îles Aléoutiennes, le Kulammak et l'Umgullick, n'ont jamais dépassé la longueur de cinquante-six mètres, — si même elles l'atteignent."Google tłumaczy kluczowe słowa jako:
"nigdy nie przekroczyły długości pięćdziesięciu sześciu metrów — jeśli w ogóle ją osiągnęły.". Nie wiem na ile sprawnie działa Translate, ale nadaje im trochę inny wydźwięk, choć te nieszczęsne 56 m się tam pojawia. Przy czym może to być swoista figura retoryczna, bo chwilę wcześniej mowa jest o szacunkach przypisujących "potworowi morskiemu" ok. 106 metrów długości (choć jest to w stopach wyrażone), czyli Aronnax sugerowałby tym sposobem, że już +/- pół tego, to by było za dużo na znanego walenia.
Inna sprawa, że do verne'owskich liczb nie należy, chyba, podchodzić przesadnie serio jednak:
https://bazhum.muzhp.pl/media/files/Teksty_teoria_literatury_krytyka_interpretacja/Teksty_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r1973-t-n5_(11)/Teksty_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r1973-t-n5_(11)-s195-197/Teksty_teoria_literatury_krytyka_interpretacja-r1973-t-n5_(11)-s195-197.pdf
Nemo oślniewa wyposażeniem Nautilusa. Posiadał on zbiory sztuki, które mają robić wrażenie. Tyle, że Verne mógł albo wymyśleć nieznane obrazy, albo przypisać Nemo posiadanie obrazów zaginionych.
"Z trzydzieści obrazów mistrzowskich w ramach jednostajnych, przedzielonych tylko połyskującymi tarczami z okazami broni, zdobiło ściany okryte tkaniną, mającą desenie w stylu surowym. Były tam płótna co najwyższej wartości, które po większej części podziwiałem już dawniej w zbiorach prywatnych europejskich i na wystawach obrazów. Różne szkoły malarskie dawnych mistrzów były tu reprezentowane taką na przykład ,,Madonną" Rafaela, ,,Dziewicą" Leonarda da Vinci, ,,Nimfą" Corregia, ,,Kobietą" Tycjana, ,,Adoracją" Veronese'a, ,,Wniebowzięciem" Murilla, ,,Portretem" Holbeina, ,,Mnichem" Velasqueza, ,,Męczeństwem" Ribeiry, ,,Jarmarkiem" Rubensa. Były jeszcze dwa krajobrazy flamandzkie Teniersa, trzy niewielkie obrazki rodzaowe Gérarda Dow, Metsua, Pawła
Pottera; dwa płótna Géricault i Prudhona, kilka widoków morskich Backuysena i Verneta. Z dzieł młodszego malarstwa odznaczały się obrazy podpisane przez Delacroix, Ingres, Decamp, Troyon, Meissonnier"
No tak Madonn Rafael namalował wiele. Dziewica da Vinci? W znaczeniu Madonna, czy młoda kobieta? Część tytułów jest tak ogólna, że można było dopasować. Tak Tycjan, Holbein. W niektórych wypdkach trudno w ogóle wymyśleć, co Verne mógł mieć na myśli.
"To, co się tobie wydaje mięsem, panie profesorze, est po prostu polędwicą z żółwia morskiego. Patrz, oto tu wątróbka z delfina, którą byś wziął za potrawkę z wieprzowiny"
wątróbka z delfina.... porażka
Cytat: rs w 20 Sie 2024, 00:26Nemo oślniewa wyposażeniem Nautilusa. Posiadał on zbiory sztuki, które mają robić wrażenie. Tyle, że Verne mógł albo wymyśleć nieznane obrazy, albo przypisać Nemo posiadanie obrazów zaginionych.
Pewnie chodziło, po prostu, o zasugerowanie, że jest gustownie i na bogato (co miało też mówić coś znaczącego o samym Nemo)...
Cytat: rs w 20 Sie 2024, 00:26No tak Madonn Rafael namalował wiele. Dziewica da Vinci? W znaczeniu Madonna, czy młoda kobieta? Część tytułów jest tak ogólna, że można było dopasować. Tak Tycjan, Holbein. W niektórych wypdkach trudno w ogóle wymyśleć, co Verne mógł mieć na myśli.
...i dlatego J.V. - dość zręcznie, ale i leniwie, wykręcił się ogólnikami. (Kładąc zarazem podwaliny pod pewne - dość szlachetne - snobizmy widoczne potem w TNG czy u Lema...)
Przy czym dodać można, że mamy tam - równie ogólnikowo opisane - książki i partytury z najwyższej półki:
"— /.../ muszę dodać, że mój gabinet jest bardzo ubogi w porównaniu z pańskim. Pan tu posiadasz sześć do siedmiu tysięcy tomów...
— Dwanaście tysięcy, panie Aronnax. /.../ Te książki, panie profesorze, są na twoje usługi; możesz z nich korzystać, ile ci się podoba.
/.../
Pomiędzy tymi dziełami zauważyłem arcydzieła mistrzów, starożytnych i nowoczesnych, to jest wszystko, co ludzkość najpiękniejszego stworzyła w historii, poezji, romansie i nauce, od Homera do Wiktora Hugo, od Ksenofonta do Micheleta, od Rabelais'ego aż do pani Sand. Nauka jednak przeważała; dzieła o mechanice, balistyce, hydrografii, meteorologii, geografii, geologii itp., zajmowały nie mniej miejsca niż dzieła dotyczące historii naturalnej; zrozumiałem, że się nimi głównie kapitan zajmował. Widziałem tam kompletne dzieła takich pisarzy jak Humboldt, Arago, Foucault, Henryk Sainte-Claire-Deville, Chasles, Milne Edwards, Quatrefages, Tyndall, Faraday, Berthelot, ksiądz Secchi, Petermann, kapitan Maury, Agassis itd., pamiętniki akademii nauk, biuletyny różnych towarzystw geograficznych itp. Pomiędzy dziełami Józefa Bertranda jego książka Założyciele astronomii wskazała mi jedną datę bardzo pewną. Ponieważ widziałem, że wyszła w ciągu 1865 roku, mogłem stąd wnosić, że instalacja ,,Nautilusa" nie dalszej sięgała epoki. Tak więc od trzech lat dopiero najwyżej kapitan Nemo zaczął swój byt podwodny.""— A ci muzycy? — rzekłem, wskazując na partycje Webera, Rossiniego, Mozarta, Beethovena, Haydna, Meyerbeera, Herolda, Wagnera, Aubera, Gounoda i wielu innych rozrzuconych na wielkim rozmiarami fortepianie i organie zarazem, zajmującym jedną ścianę salonu."Cytat: rs w 20 Sie 2024, 00:37wątróbka z delfina.... porażka
Jakkolwiek i we mnie się coś burzy na myśl o pożeraniu tak inteligentnych istot, niestety bywają jadane...
https://turystyka.rp.pl/turystyka/art5246461-czasy-sie-zmienily-a-oni-jedza-delfiny
Nemo jest niezmiernie bogaty i komsumuje tak jak ludzie tamtej epoki. Z dzisiejszej perspektywy opowieść o paleniu, szukania substytutu tytoniu zaczyna wyglądać dziwnie - to jednak pokazuje jak zmienił się stosunek do palenia w końcu XX wieku.
Wydaje mi się, że Verne łamie linię Wallace. Ciekawy jest opis fałszowania Rajskich Ptaków. Jeden z ptaków upija się gałką muszkatołową. Dziś porównano by to nie do upicia się, ale do naćpania się. Inna epoka
Cytat: rs w 20 Sie 2024, 11:48Nemo jest niezmiernie bogaty i komsumuje tak jak ludzie tamtej epoki.
Cóż, miał być polskim arystokratą, skończył jako hinduski książę. To byli specjaliści ;) od posiadania i wydawania.
Cytat: rs w 20 Sie 2024, 11:48Wydaje mi się, że Verne łamie linię Wallace.
Dolinkuję o czym mowa:
https://en.wikipedia.org/wiki/Wallace_Line
https://pl.wikipedia.org/wiki/Linia_Wallace'a
Cytat: rs w 20 Sie 2024, 11:48Jeden z ptaków upija się gałką muszkatołową. Dziś porównano by to nie do upicia się, ale do naćpania się. Inna epoka
Cóż, wtedy odurzano się w - szeroko pojętych - naszych okolicach głównie alkoholem (oraz muchomorami i makiem, ale to raczej lud wiejski). Badania nad uzależnieniami narkotycznymi (początkowo głównie nad morfinizmem) prowadzone są w Europie od ~ roku 1875. Omawiana powieść zaczęła wychodzić (w odcinkach) w roku 1869.
Verne wykorzystał Bitwę w zatoce Vigo, aby wytłumaczyć bogactwo Nemo. Tyle, że o ile bitwa była świetnym zwycięstwem floty angielskiej i holenderkiej nad Hiszpanami i Francuzami - spalone, zatopione lub zdobyte zostały wszystkie statki hiszpańsko-francuskim, to większość srebra została przez Hiszpanów wyładowane. Do tego Anglicy wiele zrabowali. Tutaj jednak łatwo wytłumaczyć Verne`a. W bitwie uczestniczyli Francuzi, ponieśli straszliwą klęskę, Anglicy zdobyli skarby choć mniejsze niż początkowo sądzili. Bitwa w zatoce Vigo nadawała się do włączenia jej do książki Verne`a, więc ten zatopił większość kruszczów znajdującym się na statku.
Nie lubię Neda. Z dzisiejszej wrażliwości zabicie manata było smutne. W końcu Nemo go słusznie ochrzanił:
" — Bo chciałem dać mej załode świeżego mięsa, tutaj zaś byłoby to zabijać dla zabijania tylko. Wiem dobrze, że ludie przywłaszczają sobie ten przywilej, ale ja nie pozwalam na takie zabawki mordercze. Podobni tobie, mości Nedie, zabijając wieloryby, stworzenia dobre i nieszkodliwe, spełniają czyn naganny; a już wypleniono bardzo w Zatoce Baffińskiej te użyteczne zwierzęta. Daj pokój tym biedakom. Dosyć mają naturalnych nieprzyjaciół: kaszalotów, szpadników, piły, żebyś jeszcze i ty, mości Nedie, chciał je mordować".
Inna sprawa, że Nemo pozwala na mordowanie kaszalotów. Bambizm
"Od czasu opuszczenia przez nas wód Oceanu Spokonego, przepłynęliśmy tysiąc trzysta mil. Obecnie znajdowaliśmy się pod 45° 37' szerokości południowe i 37° 53' długości zachodniej. Było to właśnie to samo miejsce, w którym kapitan Denham na okręcie ,,Herald" zapuścił sondę na czternaście tysięcy metrów, a do dna nie sięgnął; tu i porucznik Parker ze statku amerykańskiego ,,Kongres" nie sięgnął dna nawet na głębokości piętnastu tysięcy metrów".
Henry Mangles Denham (1800–1887) był kapitanem Heralda między 1852 a 1861 rokiem. Rzeczywiście sprawdzał on głębokość Oceanu Atlantyckiego. Sonda została uzyskana w spokojny dzień, 30 października 1852 r., w trakcie rejsu okrętu H.M. Herald z Rio de Janeiro do Przylądka Dobrej Nadziei. Linia sondowania miała 1/10 cala średnicy, ułożona w jedną długość i ważąca, po wyschnięciu, funt na każde sto sążni. Kapitan Denham otrzymał od komandora Mc Keevera z Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, dowodzącego fregatą Congress, prezent w postaci 15 000 sążni ta linia, 10 000 sążni na jednym bębnie i 5000 na drugim; i uważa, że ��została ona podziwu godnie dostosowana do celu, dla którego została wykonana i do którego została zastosowana. Kiedy 7706 sążni zniknęło z bębna, osiągnięto dno morza. 7706 sążni to 14092.73 m. No cóż trochę się pomylił
William Harwar Parker (1826 – 1896) służył najpierw w marynarce amerykańskiej, a potem konfederackiej. Tutaj Verne`a chyba się pomylił. Prześledziłem służbę Parkera i nie znalazłem takiego statku. Jeżeli pierwszy fakt można było sprawdzić pewnie drugi też.
Rów Mariański został odkryty w 1875 roku podczas rejsu brytyjskiej korwety HMS ,,Challenger". W latach 1872-1876 odbyła ona podróż dookoła świataego. Jej głębokość szacowano wówczas na zaledwie 8184 metry, czyli prawie 3 km mniej niż faktycznie. Dopiero w 1951 r. poznano jak głęboki jest Rów Mariański (mniej więcej, gdyż szacowano go jako płytszy niż jest rzeczywiście)
Cytat: rs w 20 Sie 2024, 22:31Verne wykorzystał Bitwę w zatoce Vigo, aby wytłumaczyć bogactwo Nemo.
Co generuje pewne problemy. Nemo wydobywa te bogactwa kiedy już ma Nautilusa i - jak sam zadeklarował - zerwał wszelkie kontakty z ludzkością, a zatem w momencie, gdy nie są mu potrzebne. Nie może to też tłumaczyć za co swoją łódź wybudował, bo jak mógł tam schodzić jej nie mając? Miał jakiegoś Nautilusa 0.1?
Cytat: rs w 20 Sie 2024, 22:31Nie lubię Neda. Z dzisiejszej wrażliwości zabicie manata było smutne.
Cóż, miał wyjść sympatyczny heros w tradycji homeryckiej i
ludowa przeciwwaga dla kapitana i profesora. Z dzisiejszej perspektywy wyszedł cokolwiek rzeźnik...
Cytat: rs w 20 Sie 2024, 23:28Prześledziłem służbę Parkera i nie znalazłem takiego statku.
Jednak istniała wtedy jednostka zwana USS Congress:
https://en.wikipedia.org/wiki/USS_Congress_(1841)
https://www.history.navy.mil/our-collections/photography/us-navy-ships/alphabetical-listing/c/uss-congress--1842-1862-0.html
ps. O tym jak Gernsback Verne'a i Wellsa publikował:
https://darkworldsquarterly.gwthomas.org/jules-verne-in-amazing-stories/
https://darkworldsquarterly.gwthomas.org/wells-reimagined/
Cytat: Q__ w 21 Sie 2024, 02:07Jednak istniała wtedy jednostka zwana USS Congress:
https://en.wikipedia.org/wiki/USS_Congress_(1841)
https://www.history.navy.mil/our-collections/photography/us-navy-ships/alphabetical-listing/c/uss-congress--1842-1862-0.html
źle się wyraziłem. Nie znalazłem informacji, aby William Harwar Parker był oficerem na Congressie. Denham otrzymał od kapitana Congress Mc Keevera linę, która posłużyła jego obliczeniom głębokości. Zastanawiam się, czy nie jest to ten sam pomiar
Cytat: rs w 21 Sie 2024, 11:02Nie znalazłem informacji, aby William Harwar Parker był oficerem na Congressie.
Komodora, o którym wspominał Verne w congressowym kontekście, też między wymienionymi dowódcami w/w jednostki nie znalazłem...
Zastanawiam się, czy z jednego pomiaru, Verne nie zrobił dwa. Sprawa jest o tyle ciekawa, że nasza geografia jest inna niż w XIX wieku. Dopiero poznawano świat. W efekcie na początku XIX wieku najwyższą górą miałby być szczyt w Andach. Przed 1852 rokiem uważano za najwyższy szczyt Ziemi Kanczendzongę. Podobnie przed rejsem Chellengera nie wiedziano o Rowie Mariańskim, a największą głębia znajdowała się na Atlantyku. Mapa drogowa świata była inna. Niby to oczywiste, ale jednak człowiek o tym zapomina
Cytat: rs w 22 Sie 2024, 20:37Sprawa jest o tyle ciekawa, że nasza geografia jest inna niż w XIX wieku. Dopiero poznawano świat.
Zastanawiam się, czy nie to odpowiada za przygodowo-awanturniczy skręt SF, od którego nie uwolniła się ona do dziś mimo wszelkich wysiłków Lema. Podróży międzygwiezdnych nie dało się wówczas wyteoretyzować w sposób choćby najbardziej ogólnikowo sensowny, nawet z lotami wewnątrzukładowymi, i to najbliższymi - na Księżyc - był - jak widzieliśmy - kłopot. Jednocześnie wciąż było na Ziemi dość miejsc, w których dało się osadzić SFową akcję - bardziej
naukową (Verne, Wells), lub bardziej fantastyczną (Merritt, Burroughs, Lovecraft), ale zanim się to uczyni, należało bohaterów (reprezentujących zachodnią cywilizację) jakoś tam doprowadzić, stąd komponent podróżniczy i właściwe dla literatury tego typu klisze.
Inna sprawa, że i to nieścisłe. Verne był już powszechnie znanym pisarzem, gdy May jeszcze siedział w więzieniu, i ledwo marzył o pisaniu, Salgari był małym dzieckiem, a Kipling dopiero się rodził. Więc J.V. nie przyjmował tych klisz z zewnątrz, a naznaczał nimi oba kształtowane przez siebie gatunki.
Poza tym, prawdę mówiąc, już wtedy dawało się osadzić SF w przyszłości ("Mellonta Tauta" Poego) czy w warunkach mniej egzotycznych (u samego Verne'a mamy Stahlstadt nie tak znów odległy od Essen Kruppów i France-Ville przywodzące na myśl eksperymenty Owena, Fouriera, ledwo wspomnianego Brzostowskiego, czy Williama Penna; fakt, oba na ziemi amerykańskiej, nie w Europie, zbudowane). No i zapomnieć nie można, że już wcześniejszy romantyzm w - bliższej lub dalszej - egzotyce się lubował (jak nie realia grecko-tureckie, to Mont Blanc, Okopy Świętej Trójcy nad Dniestrem, lub - by przy wczesnej SF pozostać - polarna rama fabuly "Frankensteina"). Może więc lepiej powiedzieć, że indywidualna wrażliwość autora z Nantes rodem zgrała się ze zbiorowymi gustami eksploracyjno-kolonialistycznej epoki, a potem tak już jakoś zostało...
SF zawsze przestawiało idee dnia terażniejszego w kostiumie przyszłości. To dlatego sf tak szybko się starzeje. Staje się zbyt anachroniczne wobec tego co nadeszło. Do tego w sf dominuje fantastyka aerykańska i tamtejsze mity - krocząca granica, która zaczynała się w Apallachach, aby ostatecznie osiągnąć brzeg Pacyfiku, albo mit kolonii, która zbuntowała się przeciw metropolii. Ba czasami można nawet odnaleć brzemię białego człowieka, choc ów człowiek nie musi być biały, ani nie musi być człowiekiem.
W XIX wieku ne tylko poznawano świat, ale większość ludzi nigdy nie wyjeżdzało ze swojego kraju - chyba że emigrowano na inny kontynent dla poprawy swojego losu. Trzeba było mieć pieniądzę, aby podróżować, pieniądze nie wyobrażalne dla większości społeczeńtwa. Armia i marynarka były wyjątkami. Czasami podróże były projektem biznesowym, jak było to w przypadku Konopnickiej, która z jednej strony uciekała przed skandalem z córką, a z drugiej strony drukowała relacje ze swoich wypraw. Świat stawał się mały (co dobrze pokazuje Verne), ale większość mogła tylko o tym czytać. A literatury opodróżach było dużo, gdyż był na topopyt
Równocześnie dla klasy średniej pojawiła się możliwość podróżowania. Pojawiły się pierwsze biura podróży, zaczęto drukować przewodniki, Ci co wędrowali przenosili to na papier. Nie tylko Konopnicka, ale też Sienkiewicz w Listach z podróży do Ameryki, czy Dygasiński w Listach z Brazylii. Verne znalazł sposób jak opisywać dalekie kraje, w bardziej atrakcyjnej treści niż w zwykłych relacjach podróży.
Cytat: rs w 24 Sie 2024, 00:17SF zawsze przestawiało idee dnia terażniejszego w kostiumie przyszłości.
Nie wiem czy zawsze (bo trafiają się jednak dzieła rzucające idee, które nigdy wcześniej nie padły), ale niewątpliwie b. często. Aczkolwiek można zastanawiać się, czy to co tworzyli Shelley, Poe (poza "Mellontą..."), Verne (poza "Paryżem..."), a i Wells nierzadko, dziać się miało w przyszłości, czy w nieznanych czytelnikom zakątkach teraźniejszości...
Cytat: rs w 24 Sie 2024, 00:17W XIX wieku ne tylko poznawano świat, ale większość ludzi nigdy nie wyjeżdzało ze swojego kraju - chyba że emigrowano na inny kontynent dla poprawy swojego losu. Trzeba było mieć pieniądzę, aby podróżować, pieniądze nie wyobrażalne dla większości społeczeńtwa. Armia i marynarka były wyjątkami.
To prawda, którą łatwo przeoczyć, obcując z literaturą podróżniczą, relacjami o okropieństwach (ale i pewnym romantyzmie) kolonializmu, wspomnianymi przez Ciebie listami/zapiskami z podróży, czy utworami z życia elit (które podróżowały jeśli miały taką chęć).
A proposTajemniczej wyspy Verne`a. Przypuszcza się, że jedną z inspiracji mogły być wspomnienia Françoisa Édouarda Raynala. Tutaj podcast o jego feralnej podróży
https://youtu.be/rIPm-Mwk7cw?si=HzDNE8g3HdnuHhI_
Czyli skończyłeś "20 000 mil..." i wziąłeś się za "Tajemniczą..."? ;)
Cytat: Q__ w 25 Sie 2024, 17:59Czyli skończyłeś "20 000 mil..." i wziąłeś się za "Tajemniczą..."? ;)
:) Tajemnicza wyspa jest zbyt mało fantastyczna, ale w końcu trzeba się za nią zabrać :)
"Pokazałem Conseil'owi na mapie Morza Śródziemnego miejsce, które zajmowała ta długa rafa podwodna.
— Z przeproszeniem mojego pana — zauważył Conseil — ta rafa jest prawdziwym
międzymorzem łączącym Europę z Afyką.
— Tak, mój chłopcze, — odpowiediałem — zamyka ona w zupełności Cieśninę Libijską; sondowania Smitha dowiodły, że dwa lądy były niegdyś połączone między Przylądkiem Boco a Przylądkiem Furina.
— Bardzo wierzę — rzekł Conseil.
— Powiem ci jeszcze — dodałem — że podobne rogatki istnieją między Gibraltarem
a Ceutą i w czasach geologicznych zupełnie zamykały Morze Śródziemne".
Tutaj Verne mnie bardzo zadziwił. O kryzysie messeńskim dowiedziono się w latach 50. XX wieku. Verne pisał zanim Wegener opublikował pracę o wędrówce kontynentów. Sądziłem, że rozważania dotyczące wysychania Morza Śródziemnego to XXwiek.
Tymczasem Niektórzy paleontolodzy francuscy i włoscy rozważali tymczasowe wysychanie Morza Śródziemnego w końcu XIX wieku. Na początku XX wieku takie idee były nadal szeroko rozpowszechnione, ale uważano je za wysoce spekulatywne. H. G. Wells, który w młodości studiował geologię, wykorzystał ten pomysł w swoim opowiadaniu The Grisly Folk.
Trzeba pamiętać, że w latach pięćdziesiątych XIX wieku Hugh Falconer opisał karłowate słonie z Malty i Sycylii. W każdym razie o tej pory nie sądziłem, aby przed połową XX wieku dyskutowano nad osuszeniem w przeszłości Morza Śródziemnego
Cytat: rs w 26 Sie 2024, 18:47Tajemnicza wyspa jest zbyt mało fantastyczna
Z drugiej strony: próba budowy cywilizacji od zera
* (co prawda efemeryczna, bo w końcu bohaterowie do domu wrócili; wyspa, to nie inną planeta), czy może być lepszy temat dla SF? ;)
*
Know-how, choć kluczowe, pominąwszy ;).
Wstęp do Tajemniczej wyspy jest mało udany. Oblężenie Richmond, a właściwie bitwa pod Petersburgiem, trwała od lata 1864 do wiosny 1865. Na wtępie dowiadujemy się, że ucieczka miała miejsce 20 marca 1865 rok i trwała 5 dni. Rozbitkowie trafili na wyspę zanim rozpoczyna się akcja 20 000 mil podmorskiej żeglugi. Nab został wyzwolny przez Cyrusa Smitha. Tymczasem Massachusetts zniosło niewolnictwo w swej konstytucji z roku 1780, 85 lat przed akcją powieści. Nab musiał być wyjątkowo stary (podobnie jak Cyrus Smith, może byli wampirami? :)), albo Verne popełnił prosty błąd.
Verne nie opisuje dlaczego balon nagle znalazł się nad Pacyfikiem. Przeleciał przez cały kontynent amerykański, a chcący wrócić do północy nie zrobili nic, aby to uczynić.
To prawda, że kolonizacja nowego i bezludnego lądu to temat częsty w sf.
"Fantastyczni bohaterowie Daniela Defoe lub Wyssa, Selkirk czy Raynalowie, których statki rozbiły się na Juan Fernandez lub na archipelagu Auckland"
Robinson trafił na wyspę bliską Wenezueli (handlował niewolnikami :)), Alexander Selkirk spędził na wyspie w archipelagu Juan Fernández 4 lata. Na marginesie mógłby krócej, ale ponieważ był Brytyjczykiem, to ukrywał się przed przybywającymi na wyspę Hiszpanami. Johann David Wyss napisał powieść Robinson szwajcarski, która zainspirowała twórców Zagubieni w kosmosie. O rozbitkach na Wyspie Auckland i François Édouard Raynalu zalinkowałem podcast wcześniej
Nawiązanie do definicji człowieka Platona i żartu Diogenesa (Diogenes Laertios, Żywoty sławnych filozofów, VI 40) urocze
Cytat: rs w 27 Sie 2024, 09:56Verne nie opisuje dlaczego balon nagle znalazł się nad Pacyfikiem. Przeleciał przez cały kontynent amerykański, a chcący wrócić do północy nie zrobili nic, aby to uczynić.
Tu można się zastanawiać, czy każąc tachionom rozpędzić bajorański jacht słoneczny, Bader i Echevarria (którekolwiek z nich to wymyśliło), nie inspirowali się aby Verne'm ;).
Cytat: rs w 27 Sie 2024, 09:56Diogenes Laertios, Żywoty sławnych filozofów
Nie tak dawno to sobie odświeżałem ;).
Kapibara! Kapibary żyją w Ameryce Południowej od Kolumbii do Argentyny. Ich zasięg nie obejmuje Andów. Na wyspach Pacyfiku ich nie ma :)
Verne nie zdaje sobię sprawy ze znaczenia Linii Vallace`a. Miesza zwierzęta z Ameryki Południowej i Australii. Nie rozumie, czemu kraina australijska różni się od orientalnej i tropikalnej. W efekcie na wyspie żyją zarówno koala, kangury, czy kolczatki jak jaguary, kapibary, mary. Zważywszy, że w tym czasie nie wiedziano jeszcze o tektonice płyt, to jednak autor winien zastanowić się jak ssaki z Ameryki Południowej i Australii dotarły na wyspę na Pacyfiku.
Problemem Tajemniczej wyspy jest fakt, że rozbitkom (lub kolonistom jak się nazwali) tak łatwo się przekształca wyspę. Nasuwa się porównanie do jednej z ksiąg Tytusa, Romka i Atomka :) jeśli się porówna relacje prawdziwych rozbitków to widać różnicę. Opis nadawania nazw geograficznych jest dosyć surrealistyczny
Gdy mowa o stronie naukowej "Tajemniczej wyspy":
https://afternewton.wordpress.com/2014/07/01/demystifying-mystery-island/
https://www.volcanocafe.org/the-mystery-of-the-mysterious-island/
Cytat: rs w 27 Sie 2024, 22:53Verne nie zdaje sobię sprawy ze znaczenia Linii Vallace`a. Miesza zwierzęta z Ameryki Południowej i Australii. Nie rozumie, czemu kraina australijska różni się od orientalnej i tropikalnej. W efekcie na wyspie żyją zarówno koala, kangury, czy kolczatki jak jaguary, kapibary, mary.
Możliwe są opcje, iż Verne...
1. Nie wziął poprawki na to, że gatunki australijskie wyewoluowały w izolacji, a założył, że późniejsza Wyspa Lincolna leżała na pograniczu amerykańsko-australijskim, zanim się lądy od siebie oddzieliły. Stąd w tym - anachronicznym ewolucyjnie - ujęciu żyły tam gatunki z obu oddzielonych potem od siebie przez dryf grup.
2. Świadomość izolacji jako powodu odmienności ewolucyjnych ścieżek jednak miał, ale przyjął iż doszło - jakimś niesprecyzowanym sposobem - do migracji na W.L. z obu kierunków.
Cytat: rs w 27 Sie 2024, 22:53Nasuwa się porównanie do jednej z ksiąg Tytusa, Romka i Atomka :)
Księga X. Pamiętam, pamiętam ;).
Walka o ogień Josepha Henri Honoré Boex i Séraphina Justina François Boex, czyli J.-H. Rosny została opublikowana w 1911 roku. Książka jest dosyć stara, ma ponad wiek. Trudno więc oceniać ją pod względem antropologii. Znane byli Neandertalczycy i H. Erectus. Człowiek z Piltdown (oszustwo, ale przez 40 lat uważano za peawdziwą skamieniałości) został właśnie ogłoszony i autorzy raczej jeszcze o nim nie wiedziali, kiedy pisali. Oczywiście w pamięci miałem film z1981 roku i trochę zaskoczyły mnie zmiany między powieścia a filmem. Część jest drugorzędna - pominięcie tygrysicy szablozębnej, która średnio pasowała. W Europie Smilodonty się nigdy nie pojawiły. Oczywiście owym tygrysem mogła być Homotherium, które przetrwało do ok. 30 tys. lat temu właśnie w Europie. To dobrze by korenspondowało z przewagą Lwa jaskiniowego nad owym tygrysem. Jest więcej gtunków ludzkich, z których część nie da się oczywiście przyporządkować do obecnie identyfikowanych gatunków. Różnce są zasadniczo dwie. Pierwsza główny bohater wyrusza po ogień gdyż chce zdobyć względy miejscowej członkini stada. Mamy tutaj tradycyjną opowieść o meżczyźnie, który wyrusza w quest, aby otrzymć to co chce. Jak Książe ratujący śnieżkę, Książe ratujący śpiącą królewnę, Perseusz, który ratuje Andromedę, czy Hana Solo, który ratuje Leię. Nie ratuje przedstawicielki H. Sapiens z rąk H. Heildebergensis jak to jest w filmie. Druga różnica dotyczy konfliktu w ramach plemienia, bohater i jego wspólpracownicy muszą pokonać łowców ze swojego plemienia
W lekturze Tajemniczej wyspy dotarłem do spotkania kolonistów z orangutanami. Szukanie podobieństw między orangutami a KhoiSan i Aborygenom zgodne z duchem epoki. Rozmowa z orangutanem to zupełna fantastyka. Verne jednak powinien wiedzieć, że jednak Orangutany nie rozmawiają z ludźmi. Problem jest też skąd się wzieły orangutany na wyspie na Pacyfiku. Może Verne jeszcze to wytłumaczy, na razie jest to dziwne
A przy tym nie wiadomo jak w/w wątek dziś zaklasyfikować. Jako rasizm, czy jako docenienie inteligencji małp człekokształtnych (nawet przesadne), czy też jedno i drugie na raz?
Verne przeszacował mocno inteligencję Orangutanów. Trudno nazywać rasizmem, coś co było ówczesnym stanem wiedzy. Po prostu powielał uprzedzenia, które były ówczesnym stanem nauki
Doszedłem do polowania na Koalę, oraz wyrabianie pułapek na zwierzęta roślinożerne z fiszbinów wyłowionego wieloryba. Najbardziej krwiożerczym kolonistą Tajemniczej wyspy był marynarz Bonawentura Pencroff, który chce zabijać zwierzęta, aby je zabijać. Marynarz jak w 20 000 mil podmorskiej żeglugi. Zwykli ludzie są bardziej okrutni niż wykształceni gentelmani
— Ale przecież, drogi Cyrusie, czy całemu temu postępowi przemysłowemu i handlowemu, któremu wróży pan nieustanący rozwój, nie grozi prędzej czy później całkowite zatrzymanie?
— Zatrzymanie?... A to dlaczego?
— Przez brak węgla, który można słusznie nazwać najcenniejszym z bogactw mineralnych.
— Tak, rzeczywiście najcenniejszym — odpowiedział inżynier. — I wydaje się, że sama przyroda chciała to potwierdzić, tworząc diamenty, które nie są niczym innym, jak tylko czystym, skrystalizowanym węglem.
— Nie chce pan chyba powiedzieć, panie Cyrusie — wtrącił Pencroff — że pod kotłami będzie się palić diamentem zamiast węglem?
— Nie, przyjacielu — odpowiedział Cyrus Smith.
— Upieram się jednak przy swoim zdaniu — podjął znowu Gedeon Spilett. — Nie zaprzeczy pan przecież, że pewnego dnia węgiel całkowicie się wyczerpie.
— Ach! Pokłady węgla są jeszcze bardzo bogate, a sto tysięcy robotników wydobywających rocznie sto milionów kwintali metrycznych jeszcze nieprędko sie wyczerpie.
— Ale przy rosnącym tempie zużycia węgla kamiennego — odparł Gedeon Spilett —
można przewidzieć, że z tych stu tysięcy robotników niedługo zrobi się dwieście tysięcy i że wydobycie się podwoi?
— Bez wątpienia, ale oprócz złóż europejskich, których eksploatację ułatwią wkrótce nowe maszyny, kopalnie Ameryki i Australii wystarczą jeszcze na długo na potrzeby przemysłu.
— Jak długo mniej więcej? — spytał reporter.
— Przynajmniej na dwieście pięćdziesiąt lub trzysta lat.
— No, dla nas to uspokające — wtrącił znowu Pencroff — ale mocno niepokojące dla naszych praprawnuków!
— Znajdzie się coś innego — powiedział Harbert
— Trzeba mieć taką nadzieję — odparł Gedeon Spilett — bo bez węgla nie ma maszyn, a bez maszyn nastąpi koniec kolei żelaznych, parowców, hut, koniec wszystkiego, czego wymaga postęp współczesnego życia!
— Ale co znajdziemy zamiast tego? — spytał Pencroff. — Czy pan to sobie wyobraża, panie Cyrusie?
— Mniej więcej, przyjacielu.
— A więc czym będie się palić zamiast węgla?
— Wodą — odpowiedział Cyrus Smith.
— Wodą⁈ — krzyknął Pencroff — Wodą będą rozgrzewać kotły parowców i lokomotyw, wodą grzać wodę⁈...
— Nie inaczej, ale wodą rozłożoną na pierwiastki składowe — odpowiedział Cyrus Smith. — Rozłożoną bez wątpienia przez elektryczność, która będzie wówczas siłą potężną i łatwą w użyciu, gdyż wskutek jakiegoś niewytłumaczalnego prawa wszystkie wielkie odkrycia zdają się zbiegać ze sobą i w pewnym momencie nawzajem uzupełniać. Tak, przyjaciele, sądzę, że kiedyś woda będzie wykorzystywana jako paliwo, że wodór i tlen, z których się składa, użyte oddzielnie lub łącznie, staną się niewyczerpanym źródłem ciepła i światła, i to o sile, jakiej nie może mieć węgiel. Przyjdzie dzień, że ładownie parowców i tendry lokomotyw zamiast węgla napełnione będą tymi dwoma sprężonymi gazami, które będą się palić w paleniskach z olbrzymią wydajnością kaloryczną. Tak więc nie ma się o co obawiać. Dopóki ziemia będzie zamieszkana, zaspokoi potrzeby swoich mieszkańców, nie zabraknie im nigdy światła ani ciepła, tak samo jak produktów roślinnych, mineralnych czy zwierzęcych. Dlatego sądzę, że gdy złoża węgla się wyczerpią, będziemy palić i grzać wodą. Woda jest węglem przyszłości.
— Chciałbym to zobaczyć — powiedział marynarz.
— Za wcześnie się urodziłeś, Pencroffie — wtrącił Nab i było to jedyne zdanie, jakie dorzucił do dyskusji
Czyli jednak Verne problem nieodnawialności kopalin zauważał. A z tą wodą... Niby wygląda to na wzmiankę o mieszaninie piorunującej*, ale i niejasnego przeczucia potęgi atomu można się w tym doszukać. (Nic dziwnego, że ekranizacje w atomowym kierunku szły...)
* https://pl.wikipedia.org/wiki/Mieszanina_piorunująca
O ile Verne uważał sie za lepszego niż Afrykanin, to jednak wyraźnie antropogenizuje orangutana, który jest prawie ludzki
— Panie Cyrusie, panie Gedeonie, panie Harbercie, Pencroffie, chodźcie, chodźcie! Koloniści, zgromadzeni w wielkiej sali, zerwali się na wezwanie Naba i pobiegli do
pokoju Jupa.
— Co się stało? — spytał reporter.
— Patrzcie, panowie! — odpowiedział Nab, wybuchając śmiechem.
I co ujrzeli? Pana Jupa, który siedząc po turecku w drzwiach Granitowego Pałacu, ze spokojem i powagą palił fajkę.
— Moja fajka! — zawołał Pencroff. — On wziął moją fajkę! Ach, mój dzielny Jupie, daruję ci ją! Pal, mój przyjacielu, pal!
A Jup puszczał gęste kłęby dymu, co zdawało się sprawiać mu niezrównaną przyjemność. Cyrusa Smitha bynajmniej to nie zadziwiło i przytoczył kilka przykładów oswojonych małp, dla których palenie tytoniu stało się nałogiem. Od tego dnia pan Jup miał własną fajkę, dawną fajkę marynarza, która wisiała w jego pokoju wraz z zapasem tytoniu. Sam ją sobie nabijał, zapalał od żarzącego się węgielka i zdawał się być najszczęśliwszym z czwororękich stworzeń. Łatwo się domyślić, że ta wspólnota gustów zacieśniła więzy serdecznej przyjaźni łączące już od dawna zacną małpę i poczciwego marynarza.
— A może to człowiek? — mawiał nieraz Pencroff do Naba. — Czy się bardzo byś się zdziwił, gdyby pewnego dnia Jup do nas przemówił?
— Na Boga, nie — odpowiadał Nab. — Jeżeli mnie coś dziwi, raczej właśnie to, że nie mówi, bo właściwie tylko tego mu brakuje.
— A wiesz, to by było zabawne — ciągnął dalej marynarz — gdyby pewnego dnia odezwał się do mnie: ,,A może byśmy się zamienili fajkami, Pencroffie?".
— O tak — odparł Nab. — Co za szkoda, że jest niemy od urodzenia!
Cytat: rs w 30 Sie 2024, 22:38wyraźnie antropogenizuje orangutana, który jest prawie ludzki
Przy czym jest to dość niefortunny wybór
* najdalszego z naszych bliskich ewolucyjnych kuzynów.
https://www.polityka.pl/niezbednik/1573265,1,ewolucja-w-ludzkim-dna.read
Szympans lub goryl byłby bardziej na miejscu, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziano...
* Owszem, podyktowany pewnie względną bliskością Borneo i Sumatry, i w tym sensie usprawiedliwiony. Choć przecież i małpiszon mógłby być rozbitkiem...
ps. Na zasadzie skojarzeń, z Wikipedii:
(https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/7e/Orang_utan_and_man.jpg)
ps.2. Skoro o sąsiadach powieściowej Wyspy Lincolna mowa - ciekawostka:
https://en.wikipedia.org/wiki/Maria_Theresa_Reef
W czasach Verne`a za kolebkę ludzkości uchodziła Azja, a nie Afryka. Do tego Verne mieszł ze sobą faunę azjatycką, południowoafrykańską i australijską. Afrykańskiej nie ruszał.
Ale byk. 16 lat minęło między pobytem Aronnaxa na Nautiliusie, a spotkaniem kolonistów w tajemniczej wyspy z Nemo nastąpiło 3 lata po oblężeniu Richmong. Aronnax znalazł się na Nautiliusie w latah 1866-1867, tak więc Tajemnicza wyspa powinna rozgrywać się w latach 1880-1883, ama miejsce w latach 1965-1868.
Cytat: rs w 01 Wrz 2024, 18:20W czasach Verne`a za kolebkę ludzkości uchodziła Azja, a nie Afryka.
Zależy w których. "Tajemnicza wyspa" pierwsze, gazetowe jeszcze, wydanie miała w roku 1874
*. Homo erectus (którego nazwał pitekantropem) odkrył na Jawie (kierując się hipotezą azjatycką) Eugène Dubois w 1891. Tymczasem neandertalczyka odkryto
oficjalnie w 1856 roku w
europejskim/
niemieckim Neanderthalu (wcześniej - w 1829 - odnalezione kości z belgijskiej jaskini Engis definitywnie zidentyfikowano jako należące do tego pod/gatunku po wielu, wielu latach). Zaś Darwin opublikował swoje przełomowe
ewolucyjne prace w latach 1859 i 1871, w drugiej z nich słusznie sugerując afrykańskie pochodzenie Homo sapiens. Podobnie uczynił jego (odważniejszy w stawianiu kropki nad i) uczeń - Huxley, który wcześniej, bo w roku 1863 trafnie wskazał na pokrewieństwo naszego gatunku z afrykańskimi małpami, acz błędnie uznał goryla za krewnego bliższego, niż szympans, budową szkieletu się sugerując
** (co zabawne nie popełnił tego błędu kreacjonista Linneusz, klasyfikując - jeszcze w XVIII stuleciu! - szympansa nawet do rodziny Homo
***), orangutana jednak prawidłowo zaliczając do rodziny dalszej. (Inna sprawa, że afrykańskie odkrycia Darta - które uznać się godzi za darwinowej hipotezy empiryczne potwierdzenie - to już lata '20 XX wieku - Verne tego nie doczekał. A wykopaliska Leakey'ów w Olduvai wystartowały dopiero w latach '30 minionego już stulecia, by zaowocować pod koniec '50 - czego nie dożył nawet Wells, student Huxley'a.)
* Stąd zresztą - nawet jeśli błędnie wyliczone - lata '60 w tekście, po przyszłość wczesna SF rzadko, jako się rzekło, sięgała.
** Skądinąd, gdy o słynnym rysunku z "Man's Place in Nature":
(https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/f/f0/Huxley_-_Mans_Place_in_Nature.png/500px-Huxley_-_Mans_Place_in_Nature.png)
...mowa, nie sposób nie wspomnieć o głośnym, i nagradzanym, rodzimym opowiadaniu "Człekokształtny" Andrzeja Czechowskiego. A skoro o nim mowa...
https://www.youtube.com/watch?v=f0wBFE8Kir4
*** Do której jednak zaliczył również - tym razem mylnie - gibbona.
Czytam książkę Labrynt Verne`a Węgłowskiego. Nie do końca mi się podoba, ale zawiera ciekawe spostrzeżenie. Autor powołując się na rozmowę z K. Czubaszkiem pisał: ,,Obecne zakończenie Tajemniczej wyspy nie jest oryginalne, tylko takie, jakie kazał Verne'owi napisać Hetzel. Pierwotnie rozbitkowie nie zostali uratowani przez «Duncana» i nie wrócili do USA, by założyć komunę niczym «dzieci kwiaty». To, które znamy, jest banalne i psuje całą opowieść. Hetzel myślał jak dzisiejsi producenci z Hollywood, że musi być happy end. Wcześniejsza wersja Verne'a jest bardziej sensowna, choć mniej optymistyczna. Nierealna wyspa, o nierealnej faunie i florze, jako nierealna znika"
Czyli Verne szedł w kierunku pesymizmu przed "Paryżem...", Abrams inspirował się (w Lost) "Tajemniczą wyspą" jeszcze bardziej, niż się zdawało, a głębokie ingerencje wydawcy w tekst SF nie są wynalazkiem ery amerykańskich pulpowych pisemek...
"Otóż dawniej, aż do początku wieku XX, przekładanie z języka na język traktowano dość swobodnie. Tłumacz mógł, w zależności od rodzaju i przeznaczenia tekstu, oddać go wiernie, bądź też skrócić, przerobić. W ten drugi sposób postępowano dość często w przypadku dzieł nienaukowych. Na życzenie wydawców tłumacze przygotowywali odpowiednie wersje - a to skrócone dla niecierpliwych, a to uproszczone dla niewyrobionych, a to wreszcie zinfantylnione dla dzieci i młodzieży. Weźmy np. takie Przypadki Robinsona Crusoe (1719) Daniela Defoe. Wszyscy, którzy czytali tę szkolną lekturę po polsku, poznali nieskomplikowaną, przygodową opowiastkę. Tymczasem angielski oryginał to poważne arcydzieło literatury powszechnej, ponury obraz ówczesnego kapitalistyczno-kolonialnego społeczeństwa.
Wracając do książek Juliusza Verne'a, to ich wczesne przekłady na język polski również bardzo często okazywały się takimi przeróbkami. Eksponowano w nich przede wszystkim fabułę, przygodę, usuwając co cięższe wywody naukowe, czy co dłuższe opisy. Można to łatwo sprawdzić, porównując polskie przedwojenne wydania z oryginałami francuskimi".
https://sites.google.com/site/polverne/prace/zeszyt2
Cyrus Smith jako fałszywy prorok
https://sites.google.com/site/polverne/prace/zeszyt4
To prawda, ale swoboda taka trwała nawet dłużej, niż do początków XX wieku. Weźmy znany (Gruza na nim bazował ekranizując) przekład "Pierścienia i róży" Rogoszówny, czy "Alicji w Krainie Czarów" Marianowicza. Oba kultowe na swój sposób, ale niezbyt wierne, i infantylizujące - zawierające dorosłe podteksty - oryginały. Z tym, że tylko pierwszy przedwojenny. "Islands in the Sky" Clarke'a również zinfantylizowano językowo do poziomu powiastki dla harcerzy już w latach '50. Mało tego - ze "Starship Troopers" Heinleina wycięto spore kawałki dyskursywne (cokolwiek o ich linii ideowej sądzić) jeszcze w roku '94, w imię uczynienia tej powieści bardziej rozrywkową.
Trochę rozumiem decyzję wydawcy, aby dodać szczęśliwe zakończenie Tajemniczej wyspy. Czytelnik przywiązał się do bohaterów, którzy - szczególnie z XIX wiecznej perspektywy - nie mają większych wad i uśmiercenie ich w końcu książki mogło zostać źle przyjęte. Obecne zakończenie jest bardzo skrótowe, śmierć zwierzęcych bohaterów zostało potraktowano bardzo po macoszemu. To ostatnie zaskakiwało, zważywszy ile miejsca im poświęcono wcześniej. Z drugiej strony szkoda, tragiczne zakończenia są najczęściej lepsze
Swoją drogą: wtedy w modzie było stylizowanie narracji na listy, pamiętniki, wspomnienia itp. Ciekawe, co miało być źródłem wiedzy czytelnika o losach bohaterów, w wersji, w której mieli zginąć? Pamiętnik w butelce?
Zaczęłem czytać Łowcy meteorów. Powieść jest późna. Powstała w 1901 roku, ale ukazała się dopiero w 1908 roku. Jest inaczej skontruowana niż napisana w 1865 roku Z Ziemi na Księżyc. Bliżej jej jest do Świat do góry nogami z 1889 roku. Pojawiły się wątki romansowe, których nie było wcześniej (a jak sie pojawiał, to był strasznie blady - jak w W osiemdziesiąt dni dookoła świata), do tego naukowcy pokazani są bardzo ironicznie, próżniaków dalekich od realnego świata
Tak, późny Verne to nieco inny Verne. Bardziej pesymistyczny, ale i humorystyczno-ironiczny zarazem, sceptyczny wobec ludzkiej natury (bliższy Lemowi? ;)), śmielszy - i mniej poważny - w (naukowym) fantazjowanie (czyżby jednak Wellsowi pozazdrościł? ;))...
Swoją drogą zwróć uwagę na centralny patent technologiczny "Łowców...", który jednak nie jest dziełem Verne'a ojca, a jego syna - Michela (tak, jak i wątek romansowy, który Cię zaskoczył, zresztą):
http://jv.gilead.org.il/taves/Meteor.html
Meteoryt w powieści ma ok. 110 m. Największy meteoryt, który w ostatnch wiekach spadł na Ziemię uczynił to w 1916 roku na Saharze. Francuski urzędnik konsularny Gaston Ripert został doprowadzony do skały, która miała mieć wielkość około 40 na 100 m i znajdowała się 45 km od Chinguetti w Mauretanii. Meteor tunguski (a może klka) mogły mieć do 50 m średnicy.
Skończyłem Łowców meteorów. Zobaczyłem też wydanie zatytułowane jako Bolid, które ma ukazywać tekst przez poprawkami M. Verne`a. Zmian jest mniej niż się spodziewałem. Różnice w sumie nie są duże sprowadzają się do wyrzucenia autystycznego Zéphyrina Xirdala, jego wynalazku, a meteor uległ destrukcji z powodów naturalnych:
Bolid właśnie eksplodował, jak wiele innych aerolitów lub meteorytów, które wybuchają, przemierzając warstwy atmosferyczne... A jednocześnie pod wpływem wysokiej temperatury wody rozproszyły się w kłębach pary...!
Natychmiast nadciągnęła niesamowita fala wzniesiona upadkiem bolidu, runęła na wybrzeże i cofnęła się z furią, której nic nie mogło się oprzeć.
Niestety, Mrs. Arcadia Walker została pochwycona tą falą, przewrócona, porwana, gdy płynna masa powracała na piaszczysty brzeg...!
Pan Seth Stanfort rzucił się jej na pomoc niemal bez żadnej nadziei na uratowanie, narażając dla niej życie, i to w takich warunkach, że można było oczekiwać dwóch ofiar, a nie tylko jednej...!
Seth Stanfort zdołał dołączyć do młodej kobiety w chwili, kiedy miała zostać porwana, i uczepiwszy się skały, zdołał się oprzeć wirowi owej potwornej fali...
Wówczas Francis Gordon i kilku innych, skoczywszy ku nim, odciągnęli oboje od piaszczystego brzegu.
Pan Seth Stanfort nie utracił świadomości, ale Mrs. Arcadia Walker była nieprzytomna. Pośpieszne starania przywróciły ją do życia, i ściskając rękę swojego byłego męża, zwróciła się do niego tymi słowami:
– W chwili, w której musiałam zostać uratowana, wszystko wskazywało, mój drogi Sethu, że to ty mnie uratujesz!
Nie mający jednak szczęścia Mrs. Arcadii Walker cudowny bolid nie zdołał uniknąć swego żałosnego losu! Runął w otchłań, a nawet uznając, że kosztem niesłychanych wysiłków udałoby się go wydobyć z głębokich warstw wody u podnóża klifu, trzeba było porzucić tę nadzieję...
Jądro bowiem eksplodowało. Tysiące jego szczątków rozproszyło się w głębi morza, a kiedy pan de Schack, pan Dean Forsyth i doktor Hudelson starali się znaleźć kilka jego okruchów na wybrzeżu, poszukiwania te okazały się daremne, i z owych czterech bilionów nadzwyczajnego meteoru nie zostało nic!
W sumie książka niewiele traci po usunięciu poprawek Michela Verne`a. Raczej zyskuje. Takna marginesie to spoziewałem sie, że Arcadia i Seth będą wynalazkami Michela Verne`a to postacie trochę z innej bajki, trochę zbyt dziwaczne. A jednak to pomysł Jules Verne`a. Jak rozumiem miały one pokazać jak swobodnie Amerykanie podchodą do kwestii małżeństwa, oraz do jakich problemów mogą prowadzić spory naukowe. Jestem jednak zaskoczony
Cytat: rs w 08 Wrz 2024, 12:31Różnice w sumie nie są duże sprowadzają się do wyrzucenia autystycznego Zéphyrina Xirdala, jego wynalazku
Przyznam, że - na zasadzie prawa pierwszych połączeń - przywiązałam się w dzieciństwie do tego wątku, i tego bohatera, ale nie da się zaprzeczyć, że są z innej, zbyt fantastycznej jak na verne'owskie standardy, parafii, i ich nieobecność czyni powieść lepszą, poważniejszą.
Przy czym jednak trzeba Michelowi V. przyznać, że zwrócił uwagę na potencjał tkwiący w radioaktywności (co nam trochę i do
energetycznego wątku "Tajemniczej wyspy" pętli). Swoją drogą jak niewielu w sumie lat było trzeba, by od fantazjowania o silnikach elektrycznych, przejść do fantazji atomowych.
Cytat: rs w 08 Wrz 2024, 12:31meteor uległ destrukcji z powodów naturalnych:
Co można odebrać jako antycypację - m. in. Trekowych - wątków, że lepiej by pewne rzeczy uległy zniszczeniu, niż trafiły w nieodpowiednie ręce i/lub naruszyły status quo, ale przede wszystkim jest swoistą autorską ironią
*.
* W której ktoś uparty mógłby się - z negacją lub z aprobatą - doszukać wiary w jakiś metafizyczny lub panteistyczny wyższy porządek, wymierzający sprawiedliwość, lub po prostu dający prztyczka w nos chciwym i kłótliwym ludziom.
Zéphyrin Xirdal jest trochę jak Tom Bombadil, któremu się coś chce :) Zbyt kolorowy nawet jak na powieść w której jest wiele przerysowanych postaci (choć ne tak jak on). Takich jak Seth Stanfort i Arcadia Walker, ale też obaj astronomowie-amatorzy.
Z rzeczy małych, ale do zauważenia i których na początku nie do końca zauważyłem. Michel Verne pisał o niepodległej Grenlandii. Tymczasem Jules Verne jednak czynił z Grendlandczyków poddanych, króla Chrystiana, czyli Chrystiana IX.
Co więcej J. Verne pisał: "Pan de Schack wiedział, że Dania nie musi się ani trochę obawiać o swoje biliony. Były tam równie bezpieczne, jak w kasach państwa. Obecnie, co prawda, nie można było położyć na nich ręki, i trzeba będzie odczekać całe miesiące, trzeba będzie całą zimę borealną spędzić przy tej żarzącej się masie, pozwolić jej, by spokojnie ostygła, zanim zdoła się składające się na nią tysiąc dwieście sześćdziesiąt tysięcy ton załadować na statki przysłane z Europy. I jeżeli na każdy trafi zaledwie tysiąc ton, potrzeba będzie ich co najmniej tysiąc dwieście, żeby przetransportować bolid do Kopenhagi albo innych duńskich portów".
"W gruncie rzeczy był to wynik szczęśliwy. Cztery biliony złota wrzucone do obiegu przyniosłyby całkowity spadek wartości tego metalu – czystego zła dla tych, którzy nic nie mają, cennego dla tych, którzy mają wszystko. Nie! Nie należało żałować utraty owego bolidu, którego posiadanie zachwiałoby rynkami finansowymi świata... chyba że Dania miałaby dość mądrości, aby zamknąć go w gablocie jako okaz w muzeum meteorytowym, z którego nigdy by nie wyszedł w postaci dukatów, koron i innych duńskich monet!"
"Z piersi pana Schacka wyrwał się okrzyk jakby przerażenia, kiedy on sam pojął bliskość tego nieszczęścia. Żegnaj, wyjątkowa okazjo do obdarzenia Danii miliardami...! Jego kraju! Żegnajcie, widoki na wzbogacenie wszystkich poddanych króla Chrystiana...! Żegnaj, możliwości odkupienia Szlezwiku-Holsztyna od Niemiec...!" W rezultacie II wojny o Szlezwik (lub wojna duńsko-pruskiej) Holsztyn uzyskała Austria, natomiast Szlezwik – Prusy. Po wojnie austrio-pruskiej oba księstwa trafiły do Prus
W wersji przygotowanej do druku przez M. Verne. p. de Schnack był delegatem Grenlandii (s. 216)
"gdy p. de Schnack niezręcznie dodał: — Ja zaś tem mniej miałem powodów do zatrzymania się przed ogrodzeniem, że przeszkadzało ono wypełnieniu urzędowego zlecenia, któremi powierzono.
—- Zlecenie? jakie?
— Ażeby objąć w posiadanie meteor w imieniu Grenlandji, której jestem przedstawicielem". (s. 266)
"W każdym razie nie miał słuszności gniewać się na p. de Schnack'a. Biedny delegat, mówiąc między nami, nie miał się również z czego cieszyć. To opanowanie terytorjum grenlandzkiego nie było rzeczą wesołą, a horoskopy majątkowe republiki opierały się na bardzo kruchych podstawach. Co miał jednakże począć? Czyż mógł przy pomocy swoich pięćdziesięciu ludzi wrzucić do morza trzystu dwudziestu marynarzy obcych, zbombardować, wysadzić w powietrze lub zatopić szesnaście tych olbrzy mów opancerzowanych, które go otaczały?" (s. 277)
Niepodległa Grenlandia zamiast Grenlandii będącej częścią królestwa Danii. Moje spekulacje - M. Verne dodał nepodległą Grenlandię, gdyż nie chciał pokazać jak mocarstwa zastanawiałyy się nad przejęciem meteoru. Może szkoda, że M. Verne nie pociągnął tematu, aż by się chciało postawienie świata na krawędzi wojny światowej. M. Verne przygotowywał powieć ojca do druku pewnie po pierwszym kryzysie marokańskim, tuż przed kryzysem bośniackim. Bezpieczniej było umieścić kryzys grenlandzki w niepodległej republice niż na terytorium bliskiego królestwa. M. Verne mogła zainspirować rozejście się Szwecji i Norwegii i uzykanie niepodległości przez tą ostatnią. Tak Szlezwig-Holstein znikł z powieści
Będąc drobiazgowym: "Odkąd bracia morawscy udzielili im [Grendlandczykom] nauk religijnych, można się doliczyć sześciu tysięcy nawróconych na katolicyzm" - ewangelizm, a nie katolicyzm
Cytat: rs w 08 Wrz 2024, 21:27Zéphyrin Xirdal jest trochę jak Tom Bombadil, któremu się coś chce :) Zbyt kolorowy nawet jak na powieść w której jest wiele przerysowanych postaci
Z drugiej strony, odnotujmy, że Michel Verne włożył mu w usta całkiem interesującą, jak na epokę, teorię fizyczną (dopadłem przedwojenny przekład, więc nie dziw się archaizmom):
"Dla Zefiryna Xirdal'a materja jest tylko pozorem; w rzeczywistości nie istnieje. Dowodem tego – niemożność stwierdzenia jej składu. Chociaż się ją rozkłada na molekuły, atomy, cząsteczki, pozostaje zawsze ułamek, wobec którego całe zagadnienie staje w swej całości, i to się będzie powtarzało ustawicznie, dopóki nie przyjmiemy za pierwszą zasadę tego, co nie jest materja. Ta pierwsza zasada niematerjalna – to energja.
Czem jest energja? Zefiryn Xirdal wyznaje, że nic o niej nie wie. Człowiek poznaje świat zewnętrzny jedynie zapomocą zmysłów, zmysły zaś są wrażliwe tylko na podnietę materjalną, więc wszystko, co nie jest materją, zakryte jest przed nim. Jeżeli wysiłkiem samego rozumu zdoła stwierdzić istnienie świata niematerjalnego, to jest w niemożności pojęcia jego istoty z powodu braku danych porównawczych. I nie będzie inaczej, dopóki ludzkość nie nabędzie nowych zmysłów, co a priori nie jest absurdem.
Tak czy inaczej, energja, zdaniem Zefiryna, wypełnia wszechświat i waha się wiekuiście między dwiema granicami: bezwzględną równowagą, którą osiągnąć można byłoby tylko przez równomierny rozkład tej energji w przestrzeni, i bezwzględnem skupieniem jej w jednym punkcie, który w takim razie otaczałaby bezwzględna próżnia. Ponieważ przestrzeń jest nieskończona, więc te dwie granice są zarówno nie do osiągnięcia. Z tego wynika, że energja we wszechświecie jest w stanie ustawicznego ruchu. Ciała materjalne pochłaniają bez przestanku energię, a to skupienie wywołuje siłą rzeczy w innem miejscu względną próżnię, skądinąd zaś materją promieniuje w przestrzeń energję, którą uwięziła.
A zatem w przeciwieństwie do klasycznej zasady ,,nic nie ginie, nic się nie tworzy" Zefiryn Xirdal głosi, że ,,wszystko ginie i wszystko się tworzy". Substancja, ulegająca wiecznemu zniszczeniu, odtwarza się wiekuiście. Każdej ze zmian tych stanów towarzyszy promieniowanie energji i odpowiednie znikanie substancji.
Jeżeli zniszczenie to nie może być stwierdzone przez nasze przyrządy, to dlatego, że są zbyt mało udoskonalone wobec tej olbrzymiej ilości energji, zawartej w najmniejszej cząsteczce materji, czem znów Zefiryn Xirdal tłumaczy olbrzymią odległość ciał niebieskich w stosunku do ich niewielkich rozmiarów.
Zniszczenie to, choć niestwierdzone, niemniej istnieje. Pośrednim dowodem tego jest ciepło, elektryczność i światło. Zjawiska te pochodzą od energji promieniującej, i przez nie ujawnia się energja wyzwolona, chociaż jeszcze pod grubą postacią i napół materjalną. Energja czysta, poniekąd oczyszczona, może istnieć tylko poza obrębem światów materjalnych. Ona otacza te światy pewną dynamosferą w stanie napięcia wprost proporcjonalnego do masy i tem mniejszego, im bardziej oddalamy się od ich powierzchni. Działanie tej energji i jej dążność do skupienia coraz większego znajduje swój wyraz w przyciąganiu.
Taką jest teorja, którą Zefiryn Xirdal wyłożył p. Lecoeur, nieco nią odurzonemu. Przyznajmy, że było czem."Czyni to M.V.
* interesującym pisarzem SF na własnych prawach, nawet jeśli wolał chować się za cień ojca.
Przy czym warto zwrócić uwagę kiedy to pisał - 3 lata po ogłoszeniu STW (z
E = mc2), 7 przed - OTW. 8 lat po tym, jak Planck doszedł do wniosku, że energie fal elektromagnetycznych emitowanych przez ciała są skokowe (skwantowane). Gdy pojęcie dualizmu korpuskularno-falowego dopiero się rodziło:
https://en.wikipedia.org/wiki/Wave–particle_duality
* Barwną zresztą postać:
https://en.wikipedia.org/wiki/Michel_Verne
https://pl.wikipedia.org/wiki/Michel_Verne
W końcu XIX wieku prawa fizyki miały już zostać prawie w całości poznane. To co się stało na początku kolejnego wieku zatrząsło światem. Wywrócenie kompletne fizyki musiało być szokiem dla współczesnych, gdyż gmach fizyki wydawał się pewny, choć wiedziano o problemie z wykryciem eteru. Nowe hipotezy (słuszne lub nie) zawsze szybko trafiały do fantastyki. Jeśli ktoś interesował się ni, to również interesował się nauką. Tak było od Lovecrafta i teorią Wegenera, aż po Problem trzech ciał i dyskusje o końcu fizyki. Najwidoczniej M. Verne też obserwował jak zmieniają się poglądy o świecie. Kiedyś czytałem, że postawiiono tezę, że kubizm był reakcją na modne ówcześnie hipotezy o czwartym wymiarze. Nie wiem, czy są one słuszne, ale zawalenie się konstrukcji świata, wpływało na zainteresowanie się nauką
Nieco zmieniając temat... Wspominałem o:
Cytat: Q__ w 23 Sie 2024, 21:05France-Ville /.../ na ziemi amerykańskiej
Co ciekawe, czegoś podobnego o mało nie zbudował... Walt Disney:
https://www.onet.pl/informacje/adam-bialas/idealne-miasto-przyszlosci-disney-pracowal-nad-nim-nawet-na-lozu-smierci/2gpgh8z,30bc1058
https://en.wikipedia.org/wiki/EPCOT_(concept)
Jednak nieco skromniej rzecz się zakończyła:
https://en.wikipedia.org/wiki/Epcot
Na razie robię odpoczynek od Verne`a. Teraz czytam Na srebrnym globie Żuławskiego. Powieść jest zupełnie inna niż powieści Verne`a. Pomysł jest podobny. Prywatna misja wyrusza na srebrny glob. Z dwóch misji szybko ginie 4 członków dwóch załóg. Misja jest prywatna, a katastrofa drugiego spowodowała brak zainteresowania dalszych misji. W efekcie trójka kosmonautów tworzy nowe ułomne społeczeństwo. Książka jest obdarta z optymityzmu charakterystycznego dla wczesnej sf. Żuławski pokazuje brutalność świata, pionierzy nienawidzą siebie i gardzą sobą. Narrator, twórca pamiętnika którym jest powieść od początku czuje erotyzm wobec żony kolegi. Piotr nakazał Marcie wybrać kogo - narratora czy Piotra wybierze za męża, zdanie samej Marty jest tutaj bez znaczenia.
Cytat: rs w 28 Wrz 2024, 16:22Książka jest obdarta z optymityzmu charakterystycznego dla wczesnej sf.
Dojrzalsza i bardziej ponura zarazem (a może dojrzalsza, bo...)? ;)
No cóż filozof (choć zaczynał od politechniki) to trochę inna postać niż inżynierowie, którzy będą twórcami sf. Tyle, że ani Verne ani Wells do takich osób jak pokolenie złotego wieku sf się nie zaliczaja. Żuławski opisuje wyprawę na Księżyc i nawet dokąd podróżnicy nie trafili na drugą stronę księżyca (a właściwie już na biegunie się załamuje naukowość) jest ona nawet bardziej science niż fiction. Ciekawe ile Lem zawdzięcza właśnie Żuławskiemu. To inne, mniej optymistyczne spojrzenie na przyszłość człowieka. Wiadomo wojna i te sprawy, ale wizja Żuławskiego ze swoim pesymizmem mogła mieć wpływ
To jeszcze pomysł bardzo wywodzący się Verne`a. Mamy prywatną inicjatywę, kilku śmiałków, z różnych krajów europejskich. Fundusze zapewniła prywatna osoba. Inżynier odpowiedzialny za wysłanie ludzi jest jeden. Widać modernizm. Marta, która w końcu odrzuca Piotra doprowdza do zguby zarówno Piotra, popełniające nak modne w belle epoque samobójstwo z miłości, jak Jana, który wycofał się wewnątrz i faktycznie nie odegrał tej roli, co powinen. Uciekał i w sumie zawiódł najmocniej. Jako w dużej mierze wychowujący młodego Tomasza odpowiada za to jak stworzył on społeczeństwo na Księżycu. Jan pozostawiając dzieci ssame sobie, w najtrudnejszym momencie przyczynił się do upadku tego społeczeństwa. Jasne było one skarlałe i bez rozumne, ale jego działania nia pomogły.
Plan wyprawy na Księżyc jest u Źurawskiego niebyt przemyślany. Bohaterowie od początku nie mieli wrócić na Ziemię. Mieli nadzieje, że wyprawa nie będzie samobójcza. W tej sytuacji jedzie czterech meżczyzn i jedna kobieta, po czym miało dotrzeć kolejnych dwóch mężczyzn. Od początku można było się spodziewać, że efektem będzie drugie Pitcrain, a frustracja Piotra i Jana zagrozi nowej cywilizacji. Pomysł irlandzkiego astronoma od początku był skazany na porażkę
Piotr Varadol jest zbyt młodopolski. Samiec, który podąża za famme fatale, oraz pada ofiarą wampa. Popełnienie przez niego smobójstwa po śmierci Marty, kiedy pozostały trzy jego córki był tyle samolubny co niezrozumiały. Młodopolski. Jak Marta Foerder, czy Władysław Emeryk. Tyle, że on nie miał nikogo z rodziny kto zajmie się jego córkami
Cytat: rs w 29 Wrz 2024, 15:23No cóż filozof (choć zaczynał od politechniki) to trochę inna postać niż inżynierowie, którzy będą twórcami sf. Tyle, że ani Verne ani Wells do takich osób jak pokolenie złotego wieku sf się nie zaliczaja.
Swoją drogą ciekawe, że po Verne'ie z Wellsem nadeszli z jednej strony producenci pulpy - Burroughs i Gernsback, a z drugiej filozofowie - Żuławski ze Stapledonem.
Co do inżynierów i innych ściślaków - u nas było ich sporo w pewnym okresie - Fiałkowski, Czechowski, Malinowski; także Zajdel i Oramus, choć po nich mniej to widać. Natomiast jeśli chodzi o Złoty Wiek w USA - był, oczywiście, Clarke (Anglik, ale i tam wydawany), był Asimov (choć naukowiec był z niego raczej mierny, lepszy popularyzator i naukowy dowcipniś ;)), był Heinlein - inżynier z US Navy, ale było i wielu naukowych analfabetów, wyrobników pióra piszących SF naprzemiennie z kryminałami, westernami, romansidłami, a nawet porno.
Verne - ten był samoukiem (prawnikiem, nie - uczonym), ale b. systematycznym, słynny jest jego zbiór fiszek uważany czasem szumnie za pierwowzór baz danych. Wells również zaczynał jako samouk
* (znak czasu, pochodził z biedy), skończył jednak jako student T.H. Huxley'a i współzałożyciel Royal College of Science Association.
Tak, czy owak, byli to ludzie serio, i głęboko, kwestiami naukowymi zainteresowani. (Podobnie zresztą jak sporo młodszy od nich Lovecraft.)
* B. zdolny zresztą. Będąc uczniem dorabiał w tej samej szkole jako nauczyciel młodszych kolegów.
Cytat: rs w 29 Wrz 2024, 15:23Ciekawe ile Lem zawdzięcza właśnie Żuławskiemu.
Sądzę, że wpływ Żuławskiego był tu silny, przemożny i nie do przecenienia (acz i wojenne przejścia Lema dołożyły swoje). Zresztą oddam głos samemu Mistrzowi:
"Po raz pierwszy czytałem Na srebrnym globie niedługo po Trylogii. Umiałem wtedy czytać tak jak, obawiam się, nigdy już nie będę umiał. Byłem pochłaniaczem książek żarliwym i bezwzględnym w walce z domowym porządkiem, który usiłował mi rozłamać lekturę na części, gdy ja w żaden sposób nie mogłem się od niej oderwać. I gnając przez stronice sprawdzałem co jakiś czas trwożliwym dotykiem czy aby wiele jeszcze zostało do końca. Płomienie wzniecone w dwunastoletniej głowie gasły zazwyczaj szybko, ale ta historia księżycowa przez lata paliła się we mnie ognistym śladem. Ciągnęło mnie do niej do jej ,,dobrych miejsc", czytałem ją i czytałem wciąż na nowo, rozstać się nie mogłem ze wspaniałą grozą Księżyca, oblegałem ukochane strony, z których wiał tajemniczy, lodowaty mrok bezdennych szczelin skalnych, wracałem do gruzów zagadkowego miasta na pustyni, do wstrząsającej katastrofy drugiego pocisku ziemskiego, szperałem w tekście jak badacz, jak poszukiwacz skarbów, łowiący chciwie ziarenka złota w przemywanym piasku.""Przedmowa Stanisława Lema"
do "Na srebrnym globie"
"Gdyby Żuławski pisał stylem neutralnym, nie narzucającym się leksykalnie i syntaktycznie, podobnie np. jak Wells (a tworzyli obaj mniej więcej w tym samym czasie), powstałby pod jego piórem utwór stanowiący gwiazdę pierwszej wielkości w fantastyce światowej. Nic mi nie wiadomo o tym, by powieść Żuławskiego była tłumaczona na języki obce — w każdym razie bibliografie SF jej nie notują. (Podobno była tłumaczona na niemiecki.) To. co podówczas powstawało w Europie jako fantastyka naukowa, nie może się z trylogią księżycową równać; tak np. książki Kurta Lasswitza nie mają żadnych wartości literackich.
Na podkreślenie zasługuje przedmiotowa wynalazczość Żuławskiego. Nie znam w Science Fiction kreacji ,,Innych", która by stać mogła obok jego szernów, poczynając już od samej, świetnie brzmiącej nazwy, kojarzącej się z tajemniczym mrokiem (może przez podobieństwo fonematyczne słowa ,,szern" do słowa ,,czerń"?), poprzez ich budowę cielesną, ich rażącą mcc, umiejscowiona w niesamowitych — względem pokrytego futrem ciała — białych, nagich —dłoniach, których dotyk przyprawia o wstrząs elektryczny — aż po relacje powstałe między nimi i ludźmi. Od udaru, wywołanego dotknięciem ich dłoni, kobiety poczynały dzieworódczo, a dzieci przychodzące tak na świat, zwane morcami miały płomienne znamiona tam, gdzie szern matkę dotknął. W czasach skrajnego zniewolenia musiała płacić społeczność ludzka haracz złożony z kobiet — aby rodziły szernom niewolników — a gdy się kobiety te starzały, szernowie zwracali je ludziom. Jako rodzicielki morców były zabijane; straszliwa to historia, a przecież jakoś prawdopodobna. Splotu podobnych zależności, co by łączył ziemską kolonię z planetarnymi tubylcami, nikt w Science Ficticn nie powtórzył, tj. nie wynalazł po raz drugi. Mają też szernowie Żuławskiego własną kulturę i mitologie, w której miejsce centralne — globu znienawidzonego — należy się Ziemi, jako że to ona wyssała powietrze z półkuli Księżyca skierowanej w ziemską stronę. Wszystkie te elementy fantastyczne składają się na spójny system, przez to ważny, że koncepcja wpisania mitu chrystianicznego w pewną konstelację wydarzeń o tyle mogła się uwiarygodnić, o ile faktograficzny, quasi–realny, a nie natarczywie alegoryczny charakter mają poszczególne partykuły tych zdarzeń.""Fantastyka i futurologia"
(To drugie już o "Zwycięzcy".)
Cytat: rs w 29 Wrz 2024, 15:23Mamy prywatną inicjatywę, kilku śmiałków, z różnych krajów europejskich. Fundusze zapewniła prywatna osoba.
Owszem, verne'owskie. I może jest to przyczyna tragedii - choć jednak nie klęski przecież - tej ekspedycji. Państwa selekcjonowały najlepszych z najlepszych, i stawiały na sukces misji - choćby z przyczyn prestiżowych. Tu lecą przypadkowe osoby, godząc się na wysokie ryzyko.
Nawiasem: ci polscy panowie z epoki i ich magnackie fortuny... Taki jak nie łódź podwodną zbuduje (Nemo
pierwotny), to lot kosmiczny sfinansuje (Korecki)... ;)
Cytat: rs w 29 Wrz 2024, 15:23Jan pozostawiając dzieci ssame sobie, w najtrudnejszym momencie przyczynił się do upadku tego społeczeństwa. Jasne było one skarlałe i bez rozumne, ale jego działania nia pomogły.
Zdaje się, że dopadły go depresja i poczucie bezsilności
*. Przy czym - paradoksalnie - więcej by osiągnął, gdyby nie był uczciwy. Więcej mógł zrobić dla młodych wchodząc w rolę boga-dyktatora, ale nie chciał.
*
Naszemu Sisko też się zdarzało, ale miał Garaka od czarnej - a czasem i mokrej - roboty ;).
Cytat: rs w 29 Wrz 2024, 15:23Piotr Varadol jest zbyt młodopolski.
Tak, wysoce irytujący typ. Także dlatego:
Cytat: rs w 28 Wrz 2024, 16:22Piotr nakazał Marcie wybrać kogo - narratora czy Piotra wybierze za męża, zdanie samej Marty jest tutaj bez znaczenia.
Mógł się zabić wcześniej, skoro już musiał ;).
Cytat: rs w 29 Wrz 2024, 15:23podąża za famme fatale, oraz pada ofiarą wampa.
Czy Marta (też dość irytująca, jak zresztą oni wszyscy, młodopolskie produkty
*) jest wampem? Raczej tak jej samo wychodzi, mimo woli. Zasadniczo, po prostu, bardzo kochała Tomasza.
* Tak, mamy tu genialną powieść ze słabymi bohaterami. (Nawiasem: teraz znowu moda na
przegrywów i frustratów wraca,
vide sławetna Sukcesja.)
Marta stała się mimowolnie wampem. Trochę jak Dagna Juel, której twarz dorobił z jednej strony sfrustrowany Strinberg, z drugiej równie sfrustrowany Emeryk. Ciekawe, że Żuławski nie ejst optymistą co do rozwoju cywilizacji. Żyjąc w czasach olbrzymiej rewolucji u niego cywilizacja jest dosyć statyczna. Przeciwieństwie do Verne`a nie ma u niego Amerykanów. Rzeczywiście szkoda, że nie został przetłumaczony na angielski i nie zaistniał. Właśnie dlatego, że jest tak daleki od optymmizmu Verne`a (za Pierwszych ludzi na księżycu weznę się po Zwycięzcy). Jak bardzo skrzywdzona społeczność Księżyca różni się od Tajemniczej wyspy, nawet jeśli obie ukazują zasiedlanie raju
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 13:07Marta stała się mimowolnie wampem.
Nawiasem mówiąc, to ciekawa postać. Z jednej strony podkreślane jest jej "dzikie" wedle pojęć epoki pochodzenie, z drugiej - mentalnie nie odstaje od Europejczyków. Na jedno - chyba nawet twardsza chwilami od towarzyszących jej gentlemanów, wbrew pozorom, na drugie - umiera jakoś tak po amidalowemu.
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 13:07Ciekawe, że Żuławski nie ejst optymistą co do rozwoju cywilizacji.
Fin de siècle, Panie ;). (Przy czym J.Ż. szerzej wykłada swój pesymizm w dalszych tomach.)
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 13:07Rzeczywiście szkoda, że nie został przetłumaczony na angielski i nie zaistniał.
Swoją drogą ciekawe, jak by wtedy amerykańska SF wyglądała, jakie złote wieki miała?
(Choć może niewiele by to zmieniło na szerszą skalę? W/w Stapledon po angielsku pisał, a większego wpływu na kształt gatunku-w-skali-masowej nie wywarł. Może amerykańska SF była - przynajmniej do pewnego momentu - skazana na
pulpowość?)
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 13:07za Pierwszych ludzi na księżycu weznę się po Zwycięzcy
Tam będziesz miał wellsowe
zmyślanie w stanie czystym (antygrawitacja np.), ale i - jak tu, u Żuławskiego - refleksje społeczne.
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 13:07Jak bardzo skrzywdzona społeczność Księżyca różni się od Tajemniczej wyspy
Też mnie to uderzyło, pewnie dlatego, że ledwo co o "...wyspie" gadaliśmy. Szybko się Verne (przez-Hetzla-poprawiony) polemiki doczekał. I tak ten spór o możliwość zbudowania lepszego jutra w SF trwa.
Zastanawiam się, czy twardość Marty jest efektem jej hinduskiego pochodzenia, czy klimatu epoki. W sumie poza afektem do Tomasza jest ona bardzo pragmatyczna. Jej śmierć rzeczywiście jest dziwna. Jakby Żuławski nie miał pomysłu jak popchnać akcję dalej.
U Żuławskiego Jan mimowolnie stał się bogiem-stworzycielem świata. Inna sprawa, że bez śmierci Piotra i Marty Polak nie mógłby wejść w te buty. Można było to jednak zrobić lepiej.
Zastanawiam się nad końcówką. Jan dowiaduje się o odkryciu mieszkańców księżyca. Mimo wieku, jest silniejszy i większy, oraz inteligentniejszy niż koloniści. Mimo to chce przekazać pamiętnik na ziemię, co zakończy jego życie. Z jednej strony ludzie mogliby zainteresować się Księżycem, a w konsekwencji wesprzeć kolonistów, z drugej strony jest to tchórzliwa ucieczka. Inna sprawa, że Jan zawsze ucieka. Straszna to mimoza
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 22:31Zastanawiam się, czy twardość Marty jest efektem jej hinduskiego pochodzenia, czy klimatu epoki.
Nie wiem, ale miło odnotować, że nie jest to jakaś
damsel wymagająca opieki, choć towarzysze - wbrew temu, co widzą - usiłują ją w tę rolę pchać.
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 22:31Jej śmierć rzeczywiście jest dziwna. Jakby Żuławski nie miał pomysłu jak popchnać akcję dalej.
Z drugiej strony można ją też złożyć na karb jakiejś nieznanej ziemskiej nauce choroby, wywołanej przez księżycowe mikroby, czy warunki życia, po prostu. Albo nawet czegoś banalnego, zawleczonego z Ziemi, czego tam ani zdiagnozować, ani - tym bardziej leczyć - nie byli w stanie.
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 22:31Można było to jednak zrobić lepiej.
I machnąć potomkom kolonistów cały panteon? ;)
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 22:31Zastanawiam się nad końcówką. Jan dowiaduje się o odkryciu mieszkańców księżyca. Mimo wieku, jest silniejszy i większy, oraz inteligentniejszy niż koloniści. Mimo to chce przekazać pamiętnik na ziemię, co zakończy jego życie. Z jednej strony ludzie mogliby zainteresować się Księżycem, a w konsekwencji wesprzeć kolonistów, z drugej strony jest to tchórzliwa ucieczka.
I nawet brak ciekawości intelektualnej jakby...
Cytat: rs w 30 Wrz 2024, 22:31Inna sprawa, że Jan zawsze ucieka. Straszna to mimoza
Swoją drogą ciekawe, że tak go wymyślił autor, który sam - choć filozof - człowiekiem czynu był...
Nawiasem mówiąc, Lem w przedmowie narzekał na to psychiczne rozmemłanie bohaterów Żuławskiego, porównując je do zupełnie innej postawy Andréego i jego towarzyszy, wyłaniającej się z ich odnalezionych dzienników:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Salomon_August_Andrée
https://halospitsbergen.pl/wyprawa-andreego-balonem-do-bieguna/
https://pl.wikipedia.org/wiki/Wyprawa_balonowa_Andréego
Zwłaszcza janowe
"O Ziemio! Ziemio utracona!" negatywnie mu w pamięć zapadło, bo jeszcze w rozmowie z Beresiem tak o nim mówił:
'"O Ziemio! Ziemio utracona!" Wstydziłbym się tak pisać. "O atomie! Atomie mój kochany!" Dla mnie jest to niemożliwe.'Lata później Clarke - w drugiej "Odysei..." nie popełnił tego błędu, każąc swojemu bohaterowi być do końca rzeczowym:
https://muzeum.startrek.pl/forum/index.php?action=vthread&forum=5&topic=3026&page=11#msg228251
(Co oczywiście w luźniej ekranizacji tego wątku, filmie "The Europa Report" popsuli, robiąc z protagonistów bandę histeryków.)
Pewnie można wskazać, czemu bohater jest taki jaki jest. Powieść pokazuje, że człowiek się nie zmienia i nie będzie nowego społeczeństw, innego niż nasze. Nawet przy najbardziej wzniosłych ideach wykonanie będzie wadliwe, gdyż ludzka natura jest stała. Upadek społeczeństwa na Księżycu nie nastąpiłby tak szybko, gdyby bohater był inny. Więcej relacje Toma młodszego były inne niż Ady, która mitologizowała Jana. Tom zapomniał, że Jan był tylko wujkiem, a nie Starym Człowiekiem. Nie przekazał tego swoim dzieciom? W powieści to nie gra
Cytat: rs w 01 Paź 2024, 11:34Tom zapomniał, że Jan był tylko wujkiem, a nie Starym Człowiekiem. Nie przekazał tego swoim dzieciom? W powieści to nie gra
Wiemy, że oni tam się inaczej rozwijali - mniejsi rośli, szybciej dojrzewali - fizycznie, bo umysłowo wydawali się uwstecznieni. Może Tomowi to uwstecznienie z czasem percepcję przeszłości pomieszało? A może z czasu biegiem obłęd Ady mu się udzielił, a wspomnienia zatarły - co sam Jan ułatwił upartym trzymaniem się na uboczu?
Inna sprawa, że w dalszych tomach
karzełki księżycowe nie okażą się wcale odstawać intelektualnie od Ziemian, i to już jest problem, choć i jemu da się na upartego rozwiązań szukać. Np. takiego, że z czasem mózgi potomków kolonistów znalazły nową, do lokalnych warunków dostosowaną, homeostazę, która potem jakoś działała - że
zaspoileruję - i na Ziemi.
Nawet ew. wytłumaczenia nie zmienią jednak faktu, że część druga zdaje się być wykoncypowaną naprędce przejściówką między realistyczną częścią pierwszą, a metaforyczno-socjologicznym "Zwycięzcą" antycypującą znany problem zachodniej SF, która też ma kłopot z przejściem od prowadzonej w +/- prawdopodobny sposób wczesnej eksporacji do obrazu przyszłych - często fantastycznych do kwadratu - cywilizacji, międzygwiezdnych wojen czy kosmicznych cudów.
Czytam Zwycięzce.Z jednej stronie nie jest to prosta opowieść o buncie. Z drugiej na Ziemi minęło 700 lat. W wizji Żuławskiego cywilizacja zbytnio się nie rozwija. Na razie nie jest wytłumaczone, czemu na Księżyc przybył tylko jeden przybysz. Przecież wiedział, że spotka nie tylko potomków Ziemian, ale też obcych.
Nie chcę Ci spoilerować, ale powiem tak - "Stara Ziemia" sporo wyjaśni jeśli chodzi o nastroje przyszłej (ziemskiej) ludzkości i nastawienie samego Marka. Niemniej, już na tym etapie da się powiedzieć, że jest w postawie tytułowego Zwycięzcy coś z arogancji mieszkańców wszechświata Południa Strugackich, która kazała im wysyłać na kosmiczne zwiady samotnych studenciaków (vide "Przenicowany/Wywrócony świat"). Tyle, że południowi mieli znacznie więcej powodów po temu...
W dyskusji Marka z Rodą można zobaczyć zapowiedź rozmowy Salmiaka z Flamentą.
Zwycięzca ma ten sam problem co Discovery. Przemosi nas do dalekiej przyszłości, która jednak jest zbyt podobna do naszej rzeczywistości mimo, że między Discovery a Spockiem minął czas jak między nami a Mieszkiem I.
U Żuławskiego są wojny, ale nie ma katastrofy cywilizacji
"Jeno że wprzódy potrzeba snadź było tych wszystkich wstrząsających ludzkością przewrotów, o których mówi historia: straszliwego, niesłychanego, bezprzykładnego pogromu Państwa Niemieckiego przez Cesarstwo Wschodnie, w jakie zamieniła się dawna Austria po zagarnięciu polskich krajów Rosji i połączeniu się z południowosłowiańskimi państwami... Tej nieoczekiwanej przez nikogo wojny trzyletniej potężnej Anglii, pani połowy świata, z Unią Krajów Łacińskich, po której Imperium Brytyjskie, niepokonane, ale też i niezwycięskie właściwie, rozpadło się jak strąk grochu dojrzały na kilkanaście państw samodzielnych — i jeszcze tych wszystkich burz, walk, zamieszań!
I oto pewnego dnia zrozumiano nareszcie w sposób taki jakiś prosty i niewątpliwy, że nie ma o co walczyć właściwie i zaczęto się dziwić, po co tyle krwi z taką rozlano zapamiętałością? Ludy Europy po kilkudziesięciu wiekach historycznego rozwoju dojrzały do zjednoczenia i zjednoczyły się na zasadzie samoistnych jedności narodowych, jak największej zażywających swobody.
A krok w krok za tymi zmianami postępował rozwój stosunków społecznych i gospodarczych. Obawiano się niegdyś gwałtownych przewrotów w tej dziedzinie i nawet wszystko zdawało się wskazywać na konieczność nieuchronnej jakiejś katastrofy, a w istocie wszystko poszło tak gładko i... nudnie aż do obrzydliwości... Rozrost nadzwyczajny spółek i towarzystw spółdzielczych ułatwił przejście prawie niepostrzeżenie. Wyzyskanie nowych wynalazków, z jednej strony, wymagało zjednoczenia coraz większych sił — z drugiej zaś, podnosiło skalę dobrobytu ogólnego w tak niespodziewanie szybki sposób... Wkrótce nie warto już było posiadaniem osobistego majątku trosk sobie przysparzać.
Jeno że spodziewanej przez niektórych utopistów równości to nie sprowadziło bynajmniej. Zrównano prawa bezwzględnie i godność podniesiono człowieczą, dano wszystkim dobrobyt i oświatę dla wszystkich, ale — nie zrównano duchów ludzkich — ani — co za tym idzie — wartości i zakresu władzy jednostki. Och! Jakże to wszystko dalekie od tego śnionego niegdyś raju!
Byli po staremu bogaci i względnie ubodzy. Ludzie, którzy zajmowali jakieś stanowisko ,,pożyteczne" dla społeczeństwa i ważne, otrzymywali pensje częstokroć po prostu olbrzymie i po krótkim stosunkowo czasie służby — dożywocia, pozwalające im bez obowiązkowych zajęć na rozrywkach resztę dni spędzać. Rzadko się zdarzało, aby ci — wyzwoleni — dobrowolnej pracy jeszcze nadal się poświęcali.
Rządy były właścicielem jedynym, ale nie mniej dbałym o swoją kieszeń niż dawniej ludzie prywatni. Miasta ogromne pełne były wykwintnych hoteli — teatry, cyrki i sale zabaw kapały od złota — śpiewaków zaś i histrionów wszelkiego rodzaju płacono jak po wszystkie czasy sumami nieprawdopodobnymi. Tymi drogami pieniądz z kieszeni dostojników i ,,emerytów" wracał na powrót do kas państwowych.
A iluż to ludzi ,,nieproduktywnych" dlatego tylko głodu nie znało, że pracować musieli obowiązkowo i jeśli się nie umieli rządzić tym, co im dawano za pracę niechętną, bywali zabierani pod państwową opiekę... A byli wśród nich ludzie młodzi nieraz, późniejsi wynalazcy i odkrywcy, pisarze i artyści do ręcznej pracy zmuszeni, marniejący często, sławni nieraz dopiero po śmierci, a za życia w cień przez szczęśliwych i modnych ,,kolegów", schlebiaczy gawiedzi, zepchnięci..."
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 10:57W dyskusji Marka z Rodą można zobaczyć zapowiedź rozmowy Salmiaka z Flamentą.
Prawda :).
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 10:57Zwycięzca ma ten sam problem co Discovery. Przemosi nas do dalekiej przyszłości, która jednak jest zbyt podobna do naszej rzeczywistości mimo, że między Discovery a Spockiem minął czas jak między nami a Mieszkiem I.
Co zabawne i tak ścisły umysł jak Clarke tego nie uniknął. W "2001..."/"2010..." zgrzeszył optymizmem, a potem - w "3001..." dał przeskok o tysiąc lat, a świat pokazał dość znajomy. Lem również - datowanie przyszłości z "Obłoku Magellana" też wydaje się przesadnie w przyszłość przesunięte.
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 10:57U Żuławskiego są wojny, ale nie ma katastrofy cywilizacji
Podobne to do wizji Roddenberry'ego i odmienne zarazem.
Wojna by polożyć kres wszystkim wojnom, i potem już
z górki. Tylko w Treku pokojowe wzrastanie prowadzi do utopii. U Żulawskiego też tak poniekąd jest (bo przyszłość wydaje się - mimo wszystko - lepsza od przeszłości), ale b. gorzka to "utopia".
Szernowie przypominają mi istoty z Lovecrafta, szczególnie, że jak rozumiem Szernowie wywierają wpływ na psyche swoich rozmówców. Pradawne, starsze niż ludzie istoty, które gardzą ludźmi.
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 15:25Szernowie przypominają mi istoty z Lovecrafta
Tak rodziła się w SF
Obca Obcość ;), podczas, gdy równolegle mieliśmy marsjańskie księżniczki... Przy czym "Zwycięzca" ukazał się w roku 1910 (ukończony został w 1909), a "Dagon"' - rozpoczynający ten nurt twórczości HPL-a powstał w 1917
*.
(Dla porównania "Księżniczka Marsa" to rok 1912, "Aelita" - 1923.)
* Oczywiście jeszcze wcześniej był Wells - "In the Abyss" - 1896, "Wojna światów" - 1898.
Kiedy Weinbaum wprowadzał powiew w/w Obcości do SF-owego
mainstreamu wraz z postacią Twila z "Odysei marsjańskiej" (1934), Lovecraft zdążył już napisać "Kolor z przestworzy" (1927), w którym pojawiła się jej dość skrajna - acz chyba nierozumna - forma.
Cytat: Q__ w 08 Paź 2024, 15:31(Dla porównania "Księżniczka Marsa" to rok 1912, "Aelita" - 1923.)
Zastanawiam się, czy cykl Edgara Rice`a Burroughsa zaliczyć jeszcze do prefantastyki omawianej w tym wątku
Szernowie to są jednak inni obcy na przykład Marsjanie Wellsa. Z jednej strony starzy, z drugiej dalecy od zaawansowania technologicznego, których ludzie wybijają masowo, dopiero koło bieguna południowego zatrzymani ludzi. Szernowie to upadła pradawna cywilizacja, jak różne rasy Marsjan Burroughsa. Jakoś przed I wojną światową pomysł, że kosmici są starą upadającą cywilizacją był atrakcyjny. Tuż przed upadkiem cywilizacji schyłkowe cywilizacje były modne.
Szernowie w jakimmś stopniu są metaforą zaborców, których nie da się zupełnie pokonać i którym Polska była podporządkowana. Szernowie nawet w godzinie klęski odczuwali wyższość. Przy czym to oni byli autochtonami, a ludzie kolonistami.
Końcówka powieści jest efektowna. Oczywiście narzuca ona antyreligijną interpretację z Markiem jako mesjaszem, który musi umrzeć, aby religia mogła trwać. Marek był traktowany przez całą powieść jako mesjasz, Stary Człowiek, który powrócił, aby uratować ludzi, ale trochę szkoda - Marek osiągnął sukces, ale nie taki jaki chciano osiągnąć, przez co jest rozczarowaniem dla swoich wyznawców i w konsekwencji upada. Opowieść o Marku jako upadłym liderze politycznym, zniszczonym przez swoich wyznawców nic by nie stracił bez końcowej pasji.
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 17:34Zastanawiam się, czy cykl Edgara Rice`a Burroughsa zaliczyć jeszcze do prefantastyki omawianej w tym wątku
Gdy startował - IMHO tak, potem coraz bardziej wpisywał się w rodzącą się masówkę.
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 17:34Szernowie to są jednak inni obcy na przykład Marsjanie Wellsa. Z jednej strony starzy, z drugiej dalecy od zaawansowania technologicznego, których ludzie wybijają masowo, dopiero koło bieguna południowego zatrzymani ludzi.
Owszem. Z drugiej strony w obu wypadkach mamy cywilizacje stare, (
po ludzku) złe i b. rozumne, którym jednak ten rozum szczęścia nie przynosi.
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 17:34Jakoś przed I wojną światową pomysł, że kosmici są starą upadającą cywilizacją był atrakcyjny. Tuż przed upadkiem cywilizacji schyłkowe cywilizacje były modne.
Pomijając właściwy dla epoki katastrofizm, podróże międzygwiezdne nie wydawały się wtedy - nawet teoretycznie - możliwe
*, trzeba było przedstawić Obcych wewnątrzukładowych, a zarazem wyjaśnić czemu brak śladów ich aktywności (pomijając ew. modne wtedy kanały). Do tego Zachodniacy mieli bieżące doświadczenia natykania się na afrykańskie imperia - tyleż imponujące, co - z pewnymi wyjątkami - niezdolne oprzeć się Europejczykom (bazował na tym Haggard, a Burroughs i Merritt podnieśli rzecz na bardziej fantastyczny poziom):
https://en.wikipedia.org/wiki/African_empires
https://www.quora.com/Out-of-all-the-empires-in-Africa-which-would-you-say-had-the-best-Architecture?top_ans=125706992
* Lovecraft nie miał tych ograniczeń, bo szedł w horror i fantasy na równi z SF.
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 17:34Opowieść o Marku jako upadłym liderze politycznym, zniszczonym przez swoich wyznawców nic by nie stracił bez końcowej pasji.
Selenici znali Biblię, wypełniali scenariusz ;).
ps. Tymczasem odnotujmy, że szykuje się luźna prequelo-adaptacja Verne'a -
Nautilus:
https://www.youtube.com/watch?v=o7g956mZDkk
W przypadku Szernów to jednak to oni podporządkowali ludzi (fakt miniaturowych), a nie odwrotnie. Dopiero dostarczennie broni palnej zmieniły układ sił. Żuławski potrzebował kosmicznego zaborcy, raz dominującego, ale bez przewagi technologicznej, dwa potrzebującego podbitych, aby był pretekst, aby nie eksterminowano przybyszy. Stąd lenistwo Szernów.
Mieszkańcy Księżyca znali Biblię, ale czy ja pamiętają. Tam nie ma chrześcijan, są wyznawcy Starego człowiek, który wróci, aby ratować swój lud wybrany.
A tak na marginesie Żułwski to kolejny po Burroughsie autor, który wymyślił, że kobiety-kosmitów (marsjanki lub selenitki) chodzą nagie. No cóż epoka wiktoriańska dopiero co się skończyła :)
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 21:27W przypadku Szernów to jednak to oni podporządkowali ludzi (fakt miniaturowych), a nie odwrotnie.
Maurowie też kiedyś trzymali za pysk kawałek Europy.
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 21:27Dopiero dostarczennie broni palnej zmieniły układ sił.
W końcu to Marek robił za
white saviora, nie selenici ;). Znacznie mniej szczęśliwego, co prawda, od Quatermainów i Tarzanów.
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 21:27Żuławski potrzebował kosmicznego zaborcy, raz dominującego, ale bez przewagi technologicznej, dwa potrzebującego podbitych, aby był pretekst, aby nie eksterminowano przybyszy. Stąd lenistwo Szernów.
To nie tylko to. W następnym tomie zobaczysz, że to też produkt jego - dość specyficznej - pesymistycznej historiozofii.
(Inna sprawa, że autorzy SF statystycznie od zawsze jakoś sprzyjają ludzkości i jej potomstwu ponad miarę. A jak sami nie chcą, to wydawcy ich zmuszają - o czym ledwo co mówiliśmy w kontekście Verne'a.)
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 21:27Mieszkańcy Księżyca znali Biblię, ale czy ja pamiętają. Tam nie ma chrześcijan, są wyznawcy Starego człowiek, który wróci, aby ratować swój lud wybrany.
Wystarczy, że w ich zbiorowej podświadomości to tkwiło, że tak Jungiem pojadę ;).
(Że jest to ostra kopia ziemskich spraw - to inna rzecz. Skądinąd mamy tu - podobnie jak u wspominanego Lovecrafta - swoisty wątek pre-dänikenowski.)
Cytat: rs w 08 Paź 2024, 21:27A tak na marginesie Żułwski to kolejny po Burroughsie autor, który wymyślił, że kobiety-kosmitów (marsjanki lub selenitki) chodzą nagie.
Przed. Patriotycznie ;) przypomnę, że Żuławski wydał swoją powieść (rocznikowo) dwa lata wcześniej ;).
ps. Wracając do
Obcych Obcych, pisali też o nich bracia Boex (znani jako Rosny), w utworze "Les Xipéhuz" (1888):
https://en.wikipedia.org/wiki/Les_Xipéhuz
I London w opowiadaniu "The Red One" (powstało w 1916).
Cytat: Q__ w 09 Paź 2024, 01:25Maurowie też kiedyś trzymali za pysk kawałek Europy.
To trochę inny przypadek. Zaczynając od podboju islamskiego to paradoksalnie nic zapowiadało, że państwo Wizygotów tak szybko upadnie. W 589 r Rekkared przeszedł z arianizmu na katolicyzm, znikła różnica religijna między Wizygotami a ich łcińskojezycznymi poddanymi. Jego ojciec Leowigild odzyskał kontrolę nad północą Hiszpanii, oraz Kordobę i włączył do swojego królestwa państwo Swebów. Klęska Rodryga w bitwie Jerez de la Frontera oraz upadek Toledo sprawiła, że opór Hiszpanów został złamany, a najeźdźcy poradzili sobie z mniejszymi organizmami. W Hiszpanii oprowały dwie armie arabskie, miei oni przewagę w liczebności sił.
Potem kalifat kordoby miał przewagę nad rozproszonymi siłami chrześcijan. Jego rozpad dał możliwość rekonkwisty, która była wspomaga przez rycerzy z Francji. Tyle, że chrześcijanie byli podzieleni na małe królestwa. Śmierć Ferdynanda I, który schołdował Toledo i Sewilię zatrzymała na jakiś czas rekonkwistę. Alfons I zdobył Toledo, ale sprowadzenie Almorawidów zatrzymało ponownie rekonkwistę. Alfons VII zdobył Kordobę, ale znów przybycie Almohadów sprawiło, że Kordoba znalazła się w rękach islamskich. W tym momencie chrześcijanie mieli przewagę nad Marokańczykami, ale byli rozbici i nie potrafili wykorzystać przewagi. Jakub Jusuf al-Mansur pobił Kastylijczyków pod Alarcos. Jego syn Muhammad an-Nasir został jednak pobity, kiedy połączyli swoje siły Nawarry, Aragonii i Kastylii pod pod Las Navas de Tolosa. 30 lat później w rękach muzułmanów pozostała tylko Grenada.
Tutaj nie było przewagi technologicznej z którejkolwiek stron. Ci co mieli przewagę liczebną po prostu wygrywali.
U Żuławskiego Szernowie okupujący tereny zamieszkałe przez Selenitów zostali pobici, kiedy Marek dostarczył broni palnej Selenitom. Trudno powiedzieć jaka jest liczebność Szernów. Wiemy, że są znudzeni i nie lubią pracować, oraz koło bieguna południowego mają dużą przewagę liczebną nad dosyć skromnymi siłami Selenitów, które sprawiają, że ludzie musieli zarządzić odwrót choć Żuławski w opisach śmierci Marka ne sugeruje, aby Szernowie podporządkowali sobie północ Księżyca.
Cytat: rs w 10 Paź 2024, 21:39To trochę inny przypadek.
Chodziło mi, po prostu, o to, że można być najpierw cywilizacją dominującą nad Europejczykami (co dotyczy i Arabów - o czym ładnie pisał Crichton w "Zjadaczach umarłych"
* - i Chińczyków), a potem dostać od nich łupnia ;).
* Fikcjonalizujących losy historycznego ibn Fadlana.
Cytat: rs w 10 Paź 2024, 21:39Żuławski w opisach śmierci Marka ne sugeruje, aby Szernowie podporządkowali sobie północ Księżyca.
By przy Arabach zostać... Ibn Chaldun rzekłby, że utracili swoją asabijję. Ludzkość (ziemska) też zaczyna ją zresztą tracić, jak następny tom pokaże. A w Selenitach chyba ledwo się ona tliła do przybycia Marka (zdaje się, że +/- od czasów śmierci Jerzego znali tylko życie upokarzanych lenników).
Cytat: Q__ w 10 Paź 2024, 21:51Cytat: rs w 10 Paź 2024, 21:39To trochę inny przypadek.
Chodziło mi, po prostu, o to, że można być najpierw cywilizacją dominującą nad Europejczykami (co dotyczy i Arabów - o czym ładnie pisał Crichton w "Zjadaczach umarłych"* - i Chińczyków), a potem dostać od nich łupnia ;).
W tym miejscu trzeba pamiętać, źe wyższość cywilizacyjna Andaluzji to jest w dużym stopniu mit. Andaluzja pod rządami Muzułmanów nie była wcale tolerancyjna - taka stała się w XIX wiecznym romantycznym obrazie odeszłej krainy. Nawet jak w Grenadzię Samuel ibn Naghrela został wezyrem, to po jego updku po prostu zmasakrowano Żydów w mieście. Majmonides musiał uciekać z Kordoby z powodu prześladowania Almohadów. Awerroes został wyganany. Jakoś tak dziwnie wszystkie wielkie meczety Andaluzji powstały w miejsce kościołów (inną rzeczą jest, że następnie same zostały zniszczone, aby powstały kościoły, lub zostały zamienione w kościoły - casus Kordoby). W Europie czytano więcej niż się niedawno wydawało (a przynajmniej tak twierdzi znajomy, który tym się zajmuje), jakby Arabowie nie tłumaczyli Arystotelesa (który często zresztą był Plotynem), to uczyniono to by z greki. Arabskie szacunki wielkości ludności Kordoby to science fiction. Oczywiście nawet pomniejszone są bardzo dużo, ale być może są zbyt mocno przeszacowane.
Wyższość cywilizacyjna Szernów też relatywna. W "Starej Ziemi" - pewnie ją już czytasz - wygląda na to, że ludzkość dochodzi do ściany (jak widać tezy o końcu Nauki pojawiały się i wcześniej, ponad wiek temu), do której doszli przed nią Szernowie, i ściana ta - pod pewnymi względami - zdaje się być znacznie bliżej, niż może być IRL - jeśli w ogóle istnieje, a przynajmniej taki obraz dają dość ogólnikowe, skupione na psychologii i życiu społecznym opisy (co zresztą znaczy, że ew. ekranizator mógłby sobie do woli dodawać roboty i Internety, bez szkody dla fabuły).
Cytat: Q__ w 11 Paź 2024, 15:46Wyższość cywilizacyjna Szernów też relatywna. W "Starej Ziemi" - pewnie ją już czytasz - wygląda na to, że ludzkość dochodzi do ściany (jak widać tezy o końcu Nauki pojawiały się i wcześniej, ponad wiek temu), do której doszli przed nią Szernowie, i ściana ta - pod pewnymi względami - zdaje się być znacznie bliżej, niż może być IRL - jeśli w ogóle istnieje, a przynajmniej taki obraz dają dość ogólnikowe, skupione na psychologii i życiu społecznym opisy (co zresztą znaczy, że ew. ekranizator mógłby sobie do woli dodawać roboty i Internety, bez szkody dla fabuły).
Najpierw pomyślałem to niesamowite, kiedyś też myślano o końcu fizyki (w sf widzimy to u Cixin Liu). Pote jednak przypomniałem sobie o końcu XIX wieku, kiedy poczucie końca fizyki było żywe. Potem jednak była rewolucja kwantowa i Einstein. Jerzy Żuławski nie dożył ogólnej teorii względności, ani potwierdzenia jej przez wyprawę Eddingtona. Mimmo wszystko rewlucja w fizyce miała czściowo miejsce w ostatnich latach Żuławskiego
Cytat: rs w 11 Paź 2024, 20:38Mimmo wszystko rewlucja w fizyce miała czściowo miejsce w ostatnich latach Żuławskiego
Był jej świadomy, jak się zdaje, tylko wyciągnął z tego mistycyzujące wnioski, wzmacniające tezę o
końcu, podczas gdy faktycznie dostaliśmy nowe otwarcie.
"Niegdyś — przed wiekami — postęp szedł krokiem bardziej równomiernym i między najuczeńszym człowiekiem a chłopem na wpół dzikim nie było nawet w przybliżeniu podobnej różnicy duchowego poziomu, jaki dzisiaj zachodzi między przodownikami a tłumem, z wynalazków ich i odkryć bez troski powszechnie korzystającym i kulturalnym na pozór.
Cezar rzymski, mieszkający w marmurowych pałacach w zbytku i wyuzdaniu, mimo wszystko mało się różnił wiedzą — choć nawet dumał nad Platonem — od parobka brudnego, gryzącego kawał cebuli w cieniu filarów amfiteatru, chroniących go od południowego żaru. Dzisiaj mój szewc żyje tak samo jak ja, owszem — w większy może dostatek opływa, korzysta ze wszystkich urządzeń i udoskonaleń wraz ze mną, z tej samej opieki prawa i z ustaw tych samych, osobie jego społeczną wartość nadających — a tymczasem on nie wie nic, a ja wiem wszystko"
Dla czasów obecnych to prawda, dla dawnych było jak dzisiaj. Zawsze ci cdolyli wykształcenie wiedzieli więcej niż tłum, który długo nie był uczony, lub był uczony jedynie w elemenarnym zakresie
"Niesiemy oświatę dla wszystkich, uczymy lud wszystkiego, ale czymże może być to ,,wszystko" wobec ogromu wiedzy niepodobnej już prawie dziś do ogarnięcia ludzkim umysłem i pamięcią?"
no cóż szkolnictwo może być albo elitarne, albo egalitarne
"Ale za to ci najmędrsi, ci, którzy niegdyś w czasie nadmiernej w siły swe ufności pierwsi religię jako ,,zabobon", jako rzecz zbyteczną i ciemną rozbijać poczęli, teraz chronią się pod jej skrzydła — jeden po drugim — z lękiem jakimś w oczach, co zbyt blisko w nierozwiązywalne tajemnice patrzyły, i z pragnieniem ukoju w wysilonych mądrością sercach"
Tutaj Żuławski nie docenił meandrów rozwoju myśli. Odrzucenie religii prowadziło niestety do jakiś zabobnów new age, mody na popkulturowe czarownice i czary, astrologię i tym podobne mądrości
"Dzisiaj rano, w futra ciepłe otulona, wsiadła do wagonu w Sztokholmie — w ciągu kilkunastu godzin przeleciała tunelem popod Morze Bałtyckie i wszerz przez Europę i znowu tunelem pod wodami Śródziemnego Morza i przez wschodnią krawędź Sahary — i oto, nim słońce zaszło, patrzy na nie z brzegu Nilowego, wyciągając z rozkoszą w cieple młode gibkie członki, długim siedzeniem nieco zdrętwiałe".
Żuławski nie docenił rozwoju lotnictwa, choć pisał to dopiero jak ono startowało. Choć oczywiście samoloty u Żuławskiego są, choć raczej jako ciekawostka, a nie ważny element ruchu pasażerskiego Inna sprawa, że część osób chciała zastapić lotnictwo pociągami. Choć bez zakazów nie da się zastąpić lotnictwa przez kolei.
Żuławski słusznie przewidział zastąpienie kultury wyższej przez masową. W sumie w drugiej poł XIX wieku rodzi się popkultura, która z założenia miała trafiać do biedniejszych i liczniejszych grup społecznych
Rozważania Rody o Ziemianach i ich wielkości są zabawne. Podobnie jak jego mętne próby obrony swoich błędnych przekonań
Cytat: rs w 13 Paź 2024, 15:21Dla czasów obecnych to prawda, dla dawnych było jak dzisiaj. Zawsze ci cdolyli wykształcenie wiedzieli więcej niż tłum, który długo nie był uczony, lub był uczony jedynie w elemenarnym zakresie
Nie wiem czy należy brać to b. dosłownie, czy raczej jako wyraz pogardy autora ksiażki-w-książce dla - dość mizernej jednak - wiedzy (przed)naukowej, ścisłej, starożytnych.
Cytat: rs w 13 Paź 2024, 15:21Tutaj Żuławski nie docenił meandrów rozwoju myśli. Odrzucenie religii prowadziło niestety do jakiś zabobnów new age, mody na popkulturowe czarownice i czary, astrologię i tym podobne mądrości
Albo i to poniekąd przewidział, bo przecież mówi o powrocie do wiary, wprowadza buddyzm - którego zwulgaryzowane pop-interpretacje należą do fundamentów w/w new age.
Cytat: rs w 13 Paź 2024, 15:21Żuławski słusznie przewidział zastąpienie kultury wyższej przez masową. W sumie w drugiej poł XIX wieku rodzi się popkultura, która z założenia miała trafiać do biedniejszych i liczniejszych grup społecznych
I jest to chyba najżywsza i najboleśniejsza z jego prognoz.
Cytat: rs w 13 Paź 2024, 15:21Rozważania Rody o Ziemianach i ich wielkości są zabawne. Podobnie jak jego mętne próby obrony swoich błędnych przekonań
Ale jak to drugie jest psychologicznie prawdopodobne 8).
To co zwraca uwagę o Żuławskiemu to brak Ameryki (i Azji). Właściwie świat ogranicza się jedynie do Europy i biednych prowincji (taki jest Egipt). Żuławski nie przewidział powrotu Azji. Z jednej strony był to nadir upadku Chin, z drugiej pisał po wojnie rosyjsko-japońskiej.Bardziej jeszcze widoczny jest brak USA, która przecież w czasach Żuławskiego stała się największą potęgą. O ile upadek imperium brytyjskiego jest sygnalizowany przez autora, to Ameryką się on nie zajmuje. Gdyby Żuławski chciał pozotać przy samozadowolonej Ziemi mógł zamiast Stanów Zjednoczonych Europy uczynić Stany Zjednoczone Ziemi (ale wtedy jeszcze trudniej byłoby uwierzyć w oś Warszawa-Paryż)
Z drugiej strony nacisk u niego idzie raczej na socjologię, i to ujętą z perspektyw jednostkowych, nie na politykę globalną...
Drix na takie wydanie Niezwykłych podróży uwagę zwraca:
https://jamakasz.pl/niezwykle-podroze/
A za naszych młodych lat...
https://www.youtube.com/watch?v=VAdlkunflRs
O komiksowej adaptacji "20000 mil podmorskiej żeglugi", której dokonali Fabrizio Lo Bianco i Francesco Lo Scorto:
https://esensja.pl/komiks/recenzje/tekst.html?id=35787
Damien Walter o H.G. Wellsie jako o ojcu socjalistycznej SF:
https://www.youtube.com/watch?v=TFIRYo0h-ZU
Za Drixem. Wywiad z doktorem Krzysztofem Czubaszkiem, którego tematem jest Juliusz Verne:
https://www.youtube.com/watch?v=KwL8Tj29I-0
Drix napisał:
Niewydana wcześniej w Polsce powieść SF H.G. Wellsa w zapowiedziach wydawnictwa Stalker na maj tego roku!
(https://esef.com.pl/img/p/1/9/3/3/1933.jpg)
https://esef.com.pl/zapowiedzi/1878-rzeczy-ktore-nadejda.html
Cytat: Q__ w 21 Lis 2024, 00:30Damien Walter o H.G. Wellsie jako o ojcu socjalistycznej SF:
https://www.youtube.com/watch?v=TFIRYo0h-ZU
W wehikule czasu cywilizacja rozwarstwia się przez kapitalizm. Kapitaliści stają się nieludzcy, nie martwiąc się o innych, a robotnicy wyradzają się i też tracą bycie człowiekiem. Inna sprawa, że nie dowiadujemy się jakie książki wziął podróżnik w czasie, aby ratować ludzkość
PS.
https://pressto.amu.edu.pl/index.php/pt/article/view/41188/34587
Cytat: rs w 07 Sty 2025, 18:01Inna sprawa, że nie dowiadujemy się jakie książki wziął podróżnik w czasie, aby ratować ludzkość
Na zabranie "Kapitału" czy "Manifestu komunistycznego" w sumie już za późno, mleko się rozlało ;). Przy czym ciekawe, że w ostatecznej wersji Podróżnik stanął - za kluczem estetycznym podążając - po stronie Elojów, mimo, że Morlokowie są inteligentniejsi (i we wczesnych wersjach fabuły przedstawieni byli z większą sympatią - do czego potem Baxter, w swojej kontynuacji, nawiązał).
tak na marginesie. Polskie wydanie Wehikułu czasu to 1895 rok. Pojawia się w nim mała zdegenerowana rasa (choć jej degeneracja to efekt braku zagrożeń). 1903 roku mali zdegenerowani ludzie pojawiają się na Księżycu. Przypadkowa zbieżność?
Wells nie był marksistą, jego socjalizm był tradycyjny. Marksa na pewno by nie wziął. Zresztą degeneracja ludzkości, to nie tyle efekt kapitalizmu, a braku zagrożeń, które pozwalają ludzkości pozostać w otępieniu. Porównując do paleontologii eloje (i w sumie morlokowie) są jak Lystrozaury :)
Cytat: rs w 09 Sty 2025, 01:47Polskie wydanie Wehikułu czasu to 1895 rok. Pojawia się w nim mała zdegenerowana rasa (choć jej degeneracja to efekt braku zagrożeń). 1903 roku mali zdegenerowani ludzie pojawiają się na Księżycu. Przypadkowa zbieżność?
Prędzej:
fin de siècle'owy pesymizm ;). Acz, owszem, pojawia się pytanie ile tam konwergencji, a ile ew. inspiracji.
Cytat: rs w 09 Sty 2025, 01:47Wells nie był marksistą, jego socjalizm był tradycyjny. Marksa na pewno by nie wziął.
To prawda, w "The Open Conspiracy" brał z K.M. jawny rozbrat, postulując raczej swoisty spisek elit (czyżby stąd stanie po stronie elojów finalne?), niż jednoczenie się proletariatu:
https://en.wikipedia.org/wiki/The_Open_Conspiracy
https://gutenberg.net.au/ebooks13/1303661h.html
Ale jednak w "Wehikule..." pokazał walkę klas schodzącą ostatecznie na poziom kanibalistycznej brutalności.
Cytat: rs w 09 Sty 2025, 01:47Zresztą degeneracja ludzkości, to nie tyle efekt kapitalizmu, a braku zagrożeń, które pozwalają ludzkości pozostać w otępieniu. Porównując do paleontologii eloje (i w sumie morlokowie) są jak Lystrozaury :)
Hmm... dostajemy tam - jak już napisałem - wielowiekowe utrzymywanie się podziału klasowego, które kończy się w sposób opłakany. Co z pewnością nie jest stalinowskie (według dogmatów owej ery pożądana zmiana miała nastąpić w sposób konieczny), ale jest marksowskie (wedle K.M. komunizm miał zwyciężyć, bo każdy inny wariant okaże się nieludzki - co tu dostajemy dosłownie, w formie dwu gatunków postludzkich, a zdegenerowanych - gdy za punkt odniesienia brać obecnego sapiensa - nawet z poprawką na wszystkie złe rzeczy na świecie się dziejące), choć zarazem wydaje się i swoiście antymarksowskie (bo i bez rewolucji klasa robotnicza sobie radzi, a potomkowie klasy próżniaczej kończą w roli żarcia).
to zwycięstwo klasy robotniczej jest dosyć względne. W końcu utracili bycie ludźmi. Lepiej wyszło to u Baxtera
Cytat: rs w 12 Sty 2025, 21:11to zwycięstwo klasy robotniczej jest dosyć względne. W końcu utracili bycie ludźmi.
Ale czy człowiek brzmi aż tak dumnie? ;)
Baxter nie pasuje tutaj - wiadomo lata dziewięćdziesiąte XX wieku - a jego Morlokowie zmieniali się wraz z interwencją w czasie. Wehikuł czasu jako książka zmienił rzeczywistość.
A tutaj podcast o satyrze, która może być potraktowana jako sf
https://youtu.be/0AqMuYmcJMY?si=ZHipLjfzyWfFoHOv
Cytat: rs w 13 Sty 2025, 13:13Baxter nie pasuje tutaj
Ja nie o Baxterze, ja se filozofowałem... ;)
Choć...
Cytat: rs w 13 Sty 2025, 13:13jego Morlokowie
...w istocie dokonali znacznie więcej, niż nasz gatunek (poniekąd, bo w pewnym sensie Podróżnik był mimowolnym sprawcą tego wszystkiego...).
ps. Ale skoro o Baxterze mowa...
https://atboundarysedge.com/2022/02/05/book-review-the-time-ships-by-stephen-baxter/
https://fantasyliterature.com/reviews/the-time-ships/
Skądinąd było więcej powieści "Wehikułem..." inspirowanych, np. taka jeszcze:
https://www.kirkusreviews.com/book-reviews/brian-stableford/the-hunger-and-ecstasy-of-vampires/
Gdyby Verne o tym wiedział, to by tam Lindenbrocka posłał...
https://www.onet.pl/turystyka/onetpodroze/naukowcy-odkryli-sekretne-gory-sa-100-razy-wyzsze-od-mount-everestu/ept1f9b,07640b54
https://en.wikipedia.org/wiki/Large_low-shear-velocity_provinces
https://www.nature.com/articles/ngeo2733
powiem, że słyszę o tym po raz pierwszy. Zaginione lądy, głęboko w płaszczu ziemi, lub pozostałości Theii, Rzeczywista historia jest bardziej fascynująca niż człowiek sobie może wymyśleć
Cytat: rs w 28 Sty 2025, 15:05powiem, że słyszę o tym po raz pierwszy.
Też świeżo się o tym dowiedziałem, a sprawa - teoretycznie - znana prawie od dekady...
Cytat: rs w 28 Sty 2025, 15:05Rzeczywista historia jest bardziej fascynująca niż człowiek sobie może wymyśleć
Prawda. Wyprzedza fikcję...
O dokumencie biograficznym "Jules Verne i jego podróż dookoła świata":
https://esensja.pl/film/recenzje/tekst.html?id=36232
"Wehikuł czasu" Wellsa według Wellsa to nie był dobry film, ale i tam są rzeczy godne przypomnienia, choćby celem wprowadzenia w klimat... "Statków czasu" Baxtera ;):
https://www.youtube.com/watch?v=j4RVmSYhMmQ
https://www.youtube.com/watch?v=CQbkhYg2DzM
https://www.youtube.com/watch?v=61xq5Kja1Uo
Najbardziej znaną ekranizację tytułowego klasyka też sobie przypomnijmy...
https://www.youtube.com/watch?v=8dVFG80lAW4
https://www.youtube.com/watch?v=zVRdoU9ZLc8
https://www.youtube.com/watch?v=ea9QHdUdzyc
Więzień na Marsie Gustava Le Rouge'a - powieść z początku XX wieku. Po Verne`a a przed Wellsem. Oczywiście po Schiaparellim. Pomysł na dotarcie na Marsa bardzo ekscentryczny. Mars zbliżona klimatycznie do Ziemi, ale to początek XX wieku. Kolega Roberta, który pisał dla innych prace naukowe
Cytat: rs w 11 Mar 2025, 09:45Więzień na Marsie Gustava Le Rouge'a
Widzę, że poznajesz klasyków jednego za drugim ;).
Cytat: rs w 11 Mar 2025, 09:45Pomysł na dotarcie na Marsa bardzo ekscentryczny.
W sumie nieodległy od tego z - o cztery lata młodszej - "Księżniczki..." (także co do stopnia dziwaczenia ;)), ale takie to były czasy - autorzy nie byli na bieżąco z - relatywnie nowymi wtedy - koncepcjami Ciołkowskiego, albo w nie - niesłusznie, jak czas pokazał - powątpiewali, to kombinowali jak qń ;) pod górkę.
Jest to o tyle ciekawe, że można się zastanowić nad wpływem Więźnia na Marsie Zwycięzcy Jerzego Żuławskiego. Tyle, że odpowiednikiem Piętaszków byli Marsjanie, a nie skarlali potomkowie ludzi. Oczywiście bez moralnego pesymizmu Żuławskiego.
Nawiasem mówiąc widać różnice w języku polskim między tłumaczeniem a czasami dzisiejszymi. Schadzka jako prywatne spotkanie, a nie randka.
Gdy o Marsjanach z "Więźnia.." mowa, tam jest jeszcze jedna rzecz warta odnotowania - ponoć ich społeczeństwo zbudowane jest na zasadzie stopni wolnomularskiego wtajemniczenia (cóż, masoneria była wtedy modna, nie tylko we Francji). Choć - owszem - da się pewnie przeprowadzić paralele między opresjami, których humanoidalni Marsjanie doznają ze strony Erloorów i niewidzialnych Wampirów, a niedolami sprowadzanymi przez Szernów na Selenitów. (I na szczycie w obu wypadkach jest zimny intelekt, jak nie w szernie wszystkomyślącym zawarty, to w postaci Wielkiego Mózgu*.)
* Ciekawe czy Mostowicz z Polchem stąd czerpali?
Trudno jest mi powiedzieć, czy widać wpływ masonerii na sposób organizacji społeczeństwa marsjańskiego - w pierwszym tomie (Więzień na Marsie) mamy opowieść o brzemieniu białego człowieka i dzikusach. Na razie wiadomo, że była upadła cywilizacja, która pozostawiła szklaną górę - jesteśmy po odkryciu przez Schiaparelliego Olympus Mons. Pewnie w drugim tomie zostało to pogłębione, ale na razie jestem po lekturze pierwszego tomu.
Tak, walnąłem Ci chamskie spoilery z drugiego tomu. Mea culpa. ;)
Nie szkodzi. Dla mnie ciekawa nie jest jedynie sama historia, ale też pokazanie jak duch epoki jest widoczny w dziełach. Pierwszy tom nawiązuje do współczesności. Autorowi zniszczenie kultu przez bohatera przyrównuje do misjonarzy. Fascynacja Indiami i tamtejszymi kultami. Ślad polski. Tak jak u Verne`a. Przeciwieństwie do Verne`a Brytyjczycy nie są pokazani negatywnie, to jednak jest kilka lat później, kiedy Brytyjczycy doszlusowali do sojuszu Francji i Rosji. W tle jest Rosja, która jest opisana w lekko negatywnym świetle. Była narzeczona Robert Darvel nie buntuje się, kiedy ojciec nakazuje jej zerwać zaręczyny, ale po jego śmierci zaczyna go szukać. Autor nawiązuje do historii, co pewnie nie zawsze przyszłoby do głowy dzisiejszemu autorowi. Widać, że żył w czasach lepszego wykształcenia (oczywiście nielicznych elit), kiedy pewne rzeczy były oczywiste: Znaleziona w górach dzika winorośl, przesadzona na uprawną ziemię, wystawioną na działanie słońca, dawała już większe i słodsze jagody i Robert miał nadzieję, iż dawszy swym poddanym poznać zalety wina, odegra więc względem nich rolę Bachusa lub Noego, tak, jak już był dla nich Prometeuszem, Solonem i Hannibalem.
Cytat: rs w 12 Mar 2025, 09:31Widać, że żył w czasach lepszego wykształcenia (oczywiście nielicznych elit), kiedy pewne rzeczy były oczywiste:
Tak, osadzenie powieści - nawet klasy B - w tradycji kulturowej jest czytelne. A wątek wina - b. francuski ;).
Skądinąd, gdy o duchu epoki, a więc i ewolucji SF, mowa... Ciekawe, że choć twórczość Le Rouge'a uchodzi zwykle za swoisty pomost łączący verne'owski i wellsowski styl uprawiania (a raczej kształtowania) gatunku, nie plasuje się chronologicznie między dziełami tych ojców fantastyki naukowej. Przeciwnie - jest młodsza. H.G.W. zdążył napisać - i opublikować większość swoich czołowych utworów ("Wehikuł czasu", "Wyspa doktora Moreau", "Niewidzialny człowiek", "Wojna światów") nim G.LR debiutował "Spiskiem miliarderów". "Pierwsi ludzie na Księżycu" znów, choć już po "Spisku..." stworzeni, poprzedzają "Więźnia..." i - mniej znaną - resztę lerouge'owego dorobku.
Interesujące jest również jak szybko SF zaczęła - dla autorskiej wygody - z powrotem wprowadzać +/- humanoidalnych Obcych (liczą się do nich i wellsowscy Selenici, i wspomniane rasy marsjańskie) po tym jak daleko poszli w głęboką Inność bracia Rosny (czy raczej Boex) we wspominanych już
"Les Xipéhuz":
https://gutenberg.org/ebooks/65845.html.images
Natomiast wracając do braminów - warto odnotować, że we "Władcy czasu" naszego Langego też rolę sprężyny fabularnej odgrywali:
https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/lange-w-czwartym-wymiarze-wladca-czasu.html
(Autora "Mirandy" łączy zresztą z "ojcem" Roberta Darvela nie tylko to. Obaj zdają się przywiązywać b. umiarkowaną uwagę do naukowego prawdopodobieństwa swoich wizji. Choć te A.L. służyć miały znacznie ambitniejszym celom.)
ps. Oba tomy marsjańskiego cyklu Le Rouge'a, może ktoś jeszcze zechce przeczytać:
https://pl.wikisource.org/wiki/Więzień_na_Marsie/całość
https://pl.wikisource.org/wiki/Niewidzialni_(Le_Rouge)/całość
Może dlatego, że Le Rouge'a kontynuuje pewne zasady budowania narracji Verne`a, wprowadza opisy naukowe, a z drugiej strony wprowadza elementy bliskie Wellsa. Co pewnie wynika z faktu, że Le Rouge był Francuzem i korzystał ze wzorców, które sprzedawały się u swojego wielkiego poprzednika, który bawiąc uczył. Humanoidalny kształt obcych chyba był zawsze obecny w szeroko rozumianej fantastyce. Wywodził się z ówczesnej biologii, w której prawa ewolucji mają prowadzić do człowieka, a więc humanoidalny kształt byłby docelowy. W sumie takie przeświadczenie wyśmiewał Lem w jednej z podróży Ijona Tichego. Do tego ułatwiało to wprowadzenie wątków romansowych, a jak wiadomo bohater o tysiąca twarzy musi zasłużyć na księżniczkę (sprawdzić czy nie jest ona siostrą)
Cytat: rs w 13 Mar 2025, 12:54Może dlatego, że Le Rouge'a kontynuuje pewne zasady budowania narracji Verne`a, wprowadza opisy naukowe, a z drugiej strony wprowadza elementy bliskie Wellsa.
To prawda. Zaczyna od verne'owskiej naukowej robinsonady (a w wypadku drugiego tomu nawet wprowadzenia - w sumie w roli ozdobnika - całego mnóstwa mniej lub bardziej prawdopodobnych patentów - też w stylu J.V.
*) by przejść w wellsowską czystą fantazję (podszytą mniej lub bardziej sensownymi refleksjami cywilizacyjnymi)
**. (A do tego jeszcze antycypuje Burroughsa i - poniekąd - Lovecrafta.) Jako ogniwo pośrednie ;) jest interesujący.
* Choć w owych czasach dało się w nich znów doszukać pomostu między verne'owską ekstrapolacją bliskozasięgową a smithową
superscience.
** Przy czym jednak H.G.W. był w swoich fantazjach znacznie bardziej ścisły - kiedy chciał. Biologiczna wiedza dawała mu przewagę.
(Aczkolwiek przyznać trzeba, że jak absurdalnymi z obecnej perspektywy nie byłyby te energie parapsychiczne i
napędy fakirskie, jakim regresem do keplerowego latania na Księżyc z pomocą demonów się nie jawiły, były dla współczesnych autorowi bardziej prawdopodobne, niż wszystkie napędy nadświetlne Webera - dla nas.)
Cytat: rs w 13 Mar 2025, 12:54jak wiadomo bohater o tysiąca twarzy musi zasłużyć na księżniczkę (sprawdzić czy nie jest ona siostrą)
;)
Pewnie wpływ na postrzeganie obcych jako humanoidów, oprócz względów romansowych, miała też ewolucja konwergentyczna, kształtowanie się podobnych form, mimo przynależności do różnych grup zwierząt
Prawda, i np. "K-PAX" całkiem inteligentnie pogrywa tym wątkiem*, acz mam wrażenie, że dość często jest to w SF wprowadzane raczej bezmyślnie, na zasadzie jakiejś heglowatej ewolucji ku celowi, czy wręcz kalki z humanoidalnych bóstw dawnych mitologii. (Stąd zresztą lemowskie gorzkie kpiny o szukaniu luster.)
* https://muzeum.startrek.pl/forum/index.php?action=vthread&forum=5&topic=72&page=7#msg279894
Pewnie tak, szczególnie że kolejni twórcy kopiują często pomysły swoich poprzedników
Przez co, jak Dukaj kiedyś stwierdził, SF rozkleja się wręcz na naprawdę odkrywczą (on jej się doszukiwał głównie w kierunku hard, ja nie byłbym aż tak kategoryczny, bo widzę tam sporo prób powielania Clarke'a, Clementa, czy Lema; widzę też ciekawe eksperymenty bardziej soft - acz zwykle z lat '60 czy '70) i tę, która używa gotowych konwencji i fikcyjnych wynalazków (często pochodzących jeszcze z pulpy "Doc'a" Smitha), czy to dla czytelniczej zabawy, czy to po to by w takim opakowaniu przekazać pewne przesłanie, metaforę.
Wobec czego tym bardziej ma się ochotę doceniać autorów sprzed lat, nawet tych naiwnych jak Le Rouge właśnie. Oni - chcąc czy nie chcąc - byli wynalazcami.
Trochę nie mam czasu na zaczynam zabierać się za drugi tom
Rozdział 1. "— Dżinny, to duchy niewidzialne: one zamieszkiwać między ziemią i niebem, a jest ich tysiąc razy więcej, aniżeli ludzi i zwierząt... Są między niemi dobre i złe — tych być wiele, wiele więcej! Oni być posłuszni Iblisowi, któremu Allah dać niezależność aż do dnia sądu ostatecznego... Mądry sułtan Sulejman (Salomon) szanowany nawet przez żydów i niewiernych, dostać od Allaha kamień zielony, błyszczący jak gwiazda: ten mu dać władzę rozkazywania tym duchom. One go do śmierci słuchać i nawet zbudować świątynię jerozolimską — ale po jego skonie dżinny rozproszyć się po całym świecie i popełniać wszelkie zbrodnie i dokuczać, oh, jak dokuczać ludziom!..."
sura II
Oni poszli za tym, co opowiadali szatani o królestwie Salomona. Salomon nie był niewiernym, lecz szatani byli niewiernymi i nauczali ludzi czarów i tego, co zostało zesłane dwom aniołom w Babilonie: Harutowi i Marutowi.
No ale Salomon jest w Koranie trochę inny niż w ST
Salomon jest wspominany wielokrotnie w Koranie. Król ten kierował wiatrem (XXI, 81; XXXIV, 12; XXXVIII, 36), rozumiał mowę ptaków (XXVII, 16), mrówek (XXVII, 19). Jego władza wkraczała z siłą w świat demoniczny szatanów i dżinnów; Salomon miał moc wymagania od nich różnych prac. Sura XXI, 82 głosi, że pośród szatanów byli tacy, ,,którzy się zanurzali w morzu dla niego, i oprócz tego pełnili jeszcze inne czynności". Z kolei sura XXXIV, 12-13 mówi: ,,a wśród dżinnów były takie, które pracowały dla niego za pozwoleniem Boga". Podobna myśl przewija się w surze
XXXVIII, 37: I poddaliśmy jemu [...] szatanów zarówno budujących, jak i nurkujących. . Ideę szatanów wykorzystywanych przez Salomona do budowy świątyni nie zostały wymyślone przez twórców Koranu (którego powstanie jest niestety z powodów religijnych niezbyt badane) pojawia się w Testamencie Salomona i Ewangelii Bartłomieja.
Tutaj Le Rouge wkłada buty po Verne.
Tak, zresztą to koraniczne ujęcie postaci Salomona widać potem i gdzieś tam w "Baśniach 1001 nocy" (vide choćby "Rybak i dżinn", znany też jako "Rybak i geniusz").
Rozdział 3 Niewidzialnych sprawia ból u wegan/wegetarian. Tyle potraf z pomordowanych dzikich zwierząt... Jerzy czytał z roztargnieniem spis potraw, zawierający oprócz wykwintnych dań europejskich, specjały kuchni miejscowej, jak pasztet z mureny z białemi truflami tunetańskiemi, wątróbki bażancie, czyżyki pieczone w liściach mirtu i inne osobliwości gastronomiczne.
— Ależ to, doprawdy, prawdziwa uczta Lukullusa! — zawołał z komiczną rozpaczą młody człowiek, któremu Ralf przysuwał półmisek z delikatnem, parującem pieczystem.
— Oby tylko nam nie podał słowiczych języczków, posypanych proszkiem z pereł i brylantów, jak to u Lukullusa bywało! — rzekł, śmiejąc się, Jerzy,
— On i do tego byłby zdolnym! Czy pan uwierzysz, że urządził kiedyś polowanie na rekina dlatego tylko, że potrzebował jego płetw, które są jedną z koniecznych przypraw do zupy z gniazd jaskółczych...
Istotnie, Lukullus nie tylko miał przyjemność w takim życiu, ale się nawet nim chełpił. Pokazują to takie opowiadania o nim: Mówią, że przybyłych do Rzymu Greków przez wiele dni zapraszał do siebie do stołu. Ludzie ci z prawdziwie greckim uczuciem krępowali się i nie chcieli korzystać z zaproszenia, żeby kogoś przez tyle dni nie narażać przez siebie na koszty. Na co on z uśmiechem: ,,Dzieje się coś takiego przez was, mili Grecy, ale
co najważniejsze — dzieje się dla Lukullusa". Kiedyś jadł sam przy przygotowanym jednym tylko stole i skromnie
zastawionym. Oburzył się i wezwał odpowiedniego służącego. Ten mówił, że nie uważał, by trzeba było czegoś więcej, skoro nikt nie został zaproszony. Na to Lukullus: ,,Co ty mówisz? Nie wiedziałeś, że dziś u Lukullusa gości Lukullus?"
I rzeczywiście, jak widać, dużo opowiadano o nim w mieście. Kiedyś, gdy był wolny, podeszli do niego na forum Cyceron i Pompejusz. Cyceron zaliczał się do największych jego przyjaciół, Pompejusz był z nim poróżniony z powodu owego
dowództwa, przywykli jednak spotykać się często i rozmawiać z sobą uprzejmie. Pozdrowił go Cyceron i zapytał, jak tam spotkanie. Lukullus odrzekł: ,,Bardzo chętnie" — i zapraszał ich do siebie. A Cyceron: ,,My chcemy być przyjęci do
stołu u ciebie dzisiaj, tak jak dla ciebie będzie przygotowany". Tu wzbraniał się Lukullus i prosił o dzień zwłoki. Ale ci powiedzieli, że nie pozwalają. Nie pozwolili także dawać zarządzenia służbie, żeby nie kazał przygotować czegoś więcej ponad to, co jemu samemu ma być podane. Zgodzili się tylko na tyle, by do jednego ze służących w ich obecności powiedział, że dzisiaj będzie jadł w ,,Apollonie". A to była nazwa którejś z jego wspaniałych jadalni. I tak przechytrzył ich obu nieświadomych rzeczy. Każda bowiem jadalnia miała, jak widać, oznaczony koszt dań, każda własne zaopatrzenie i nakrycie stołowe. I służba słysząc, gdzie chce gości przyjmować, wie tym samym, w jakiej wysokości
kosztów, z jaką wystawnością i porządkiem mają iść dania. W ,,Apollonie" jadło się za pięćdziesiąt drachm. I wtedy także tyle wydano. A Pompejusza w podziw wprawiła wspaniałość przyjęcia i szybkość obsługi (Plutarch, Lukullus, 41, 1-6)
O, nie śmiej się pan, proszę! Byłem jednym ze szczęśliwych biesiadników i mogę pana zapewnić, iż wrażenie tej muzyki było najwspanialsze, jakie sobie można wyobrazić. Plum-puddingowi towarzyszyła kolęda staroświecka, którą się śpiewa na Boże Narodzenie, połączona z narodowym hymnem angielskim i ulubioną przez anglików rzewną pieśnią: «Home, sweet home»... Każde danie było uroczyście wnoszone przez służbę odpowiednio przybraną — i tak: ryby morskie z rodzaju płaszczy (turbot) ulubione niegdyś przez Domicjana, podane były przez rzymian, poprzedzonych przez liktorów i złote orły; comber sarni podawali paziowie w strojach średniowiecznych, przy odgłosie rogów myśliwskich. Trąbę słoniową, gotowaną w sosie ostrym i korzennym podawał książę murzyński, otoczony bogatym orszakiem, a słodycze i ciasta przynosiły malutkie paryżanki, ucharakteryzowane za margrabiny, w białych peruczkach.
Satyra IV Juwenalisa opisuje prezentację turbota (Skarp) Domicjanowi, który zwołuje zebranie swojej rady, aby omówić, co z nim zrobić. Znów Le Rouge pokazuje erudycję, która sama w sobie nie jest potrzebna dla narracji, ale była naturalna w dawnym klasycznym wykształceniu.
— Nie mówiłbyś pan tego — zgromił go naturalista — gdybyś wiedział, co będziemy spożywać za chwilę! Będzie to ulubiona potrawa tego smakosza: potrawka z języków flamingów — rzecz przepłacana przez starożytnych rzymian na wagę złota!
Marcjanis pisał: Barwa zwana ,,flamingo" od mych piór pochodzi. Choć nie śpiewam, mój język niejednym dogodzi (XIII 71).
U Apicjusza można znaleźć przepisy na potrawy z flaminga:
1. Czerwonaka oskubiesz, umyjesz, oprawisz, włożysz do garnka, dodasz wody, soli, kopru ogrodowego i trochę octu. Kiedy już będzie na wpół ugotowany, wrzucisz pęczek pora i kolendry. Gotuj dalej. Pod koniec gotowania, aby
mięso nabrało odpowiedniej barwy, dolejesz gotowanego moszczu winnego (defritum). Do moździerza wrzucisz pieprzu, kminu rzymskiego, kolendry, korzenia zapaliczki, mięty, ruty i utrzesz, pokropisz octem, dodasz daktyli caryota, dolejesz sosu własnego. To wszystko przelejesz do tego samego garnka i zagęścisz krochmalem. <Ugotowanego ptaka wyłożysz na półmisek>, polejesz go sosem i podasz. Tak samo przyrządzisz papugę.
2. Inaczej: ptaka upieczesz, utrzesz pieprzu, lubczyku (grodowego, nasion selera, smażonego sezamu, pietruszki, mięty, suszonej cebuli, daktyli caryota. Wymieszasz z miodem, winem, sosem ze sfermentowanych ryb, octem, (oliwą i gotowanym moszczem winnym (defritum).
3. Aby ptaki wszelkiego rodzaju <w trakcie gotowania> nic rozpadły się na kawałki, najlepiej będzie ugotować
je wraz z całym pierzem. Najpierw jednak należy usunąć z nich wnętrzności przez gardziel, albo od strony
kupra
O językach flamingów wspominał Pliniusz Starszy: Apicjusz, największy hulaka ze wszystkich smakoszy, nauczył,
że język flaminga wyróżnia się wyjątkowym smakiem (Plin. Hist. Nat. 10, 68, 133)
Zmów erudycja nie wymuszona względami narracyjnymi. W tym miejscu przypomina mi się Meyer, która wymyślała legendy. Le Rouge nawiązuje do nich, nawet jeśli nie ma to znaczenia dla narracji
Pomysł Le Rouge`a o dalszej ewolucji człowieka, utraty żołądka i zmniejszenia masy mięśniowej. Pomysł, który potem często będzie obecny w literaturze SF, w tym u Lema
— A to dlaczego? Muskuły są ciężkim, pierwotnym mechanizmem, zależnym od narządów trawienia i mózg, doszedłszy do najwyższego stopnia swego rozwoju, wybornie się bez nich obędzie. One to człowieka robią podobnym zwierzęciu i godność jego, jako istoty myślącej, obniżają haniebnie!
— Więc wyższy umysł nie może się mieścić w ciele wielkiem?
— Tego nie mówię, lecz z małemi wyjątkami, ludzie genjalni, panujący nad światem, nie posiadali zwykle wielkich sił fizycznych. Ci zwycięzcy ludów byli przeważnie wątłej budowy: któżby mógł sobie wyobrazić Newtona, Ludwika XI, Sykstusa V-go, Michała-Anioła, Napoleona I-go jako atletów! Duch panuje nad ciałem — mózg rządzi światem! Siłą swego umysłu, energją swej woli, cesarze, filozofowie, przykuci chorobą do łoża, trzymali pod swą władzą tłumy... Walter, Renan, Kartezjusz, byli wątli, szczupli... Mógłbym przytoczyć tysiące przykładów!
Znów nie wymuszona erudycja o francuskim kolorycie/ Dziś pewnie skończyłoby się na wymienieniu Napoleona I. Według Vasariego Michał Anioł był przeciętny, z szerokimi ramionami, ale dobrze proporcjonalny do reszty ciała. Zastanawiam się, czemu Le Rouge wymienił Sykstus V, papież mocno przeciętny. Reforma kolegium kardynałów, zwalczał protestantów. Ekskomunikował przyszłego Henryka IV, choć porozumiał się z nim, kiedy Henryk postanowił się nawrócić. Stworzył własną wersję wulgaty, która nie przyjęła się. Ciekawy jest wybór Renana, sjentystycznego historyka kościoła, który uznał, że Mojżesz został wymyślony. W każdym razie dziś autorzy nie powołali się na większość z tych postaci.
W polskim tłumaczeniu obok Renara i Kartezjusza wymieniony został niejaki Walter. Imię przypomina Woltera i rzeczywiście w oryginale jest Voltaire. Przy okazji Kartezjusz w oryginale to Descartes. Polski tłumacz najwidoczniej uznał, że nazwisko Kartezjusza może nie zostać znane czytelnikowi
Cytat: rs w 19 Mar 2025, 00:43Rozdział 3 Niewidzialnych sprawia ból u wegan/wegetarian. Tyle potraf z pomordowanych dzikich zwierząt...
Przy czym i tutaj:
Cytat: rs w 18 Mar 2025, 23:23Le Rouge wkłada buty po Verne.
...bo ten - fabularnie nieistotny, ale malowniczy - obiadek przypomina tamten, wcześniejszy, na który kapitan Nemo zaprosił swoich więźniów. Z tym, że J.V. przedstawiał takim sposobem swoje pomysły na eksploatację skarbów morza, tymczasem G.L.R. tylko się bawi i popisuje, tak jak i jego bohater - znany z kulinarnych fanaberii zubożały angielski lord.
Cytat: rs w 19 Mar 2025, 09:22Pomysł Le Rouge`a o dalszej ewolucji człowieka, utraty żołądka i zmniejszenia masy mięśniowej. Pomysł, który potem często będzie obecny w literaturze SF, w tym u Lema
Prawda, to jest dość sensowne, do tego prekursorskie, i w sumie wellsowskie (H.G.W., jak wiemy, też przyjmował perspektywę ewolucyjną).
Cytat: rs w 19 Mar 2025, 09:22Przy okazji Kartezjusz w oryginale to Descartes. Polski tłumacz najwidoczniej uznał, że nazwisko Kartezjusza może nie zostać znane czytelnikowi
Albo - po prostu - uległ typowej dla swojej epoki manierze spolszczania ile wlezie... ;)
ciekawe, z tym doszukiwania się nawiązania do Verne`a.
Dalsza część powieści trochę rozczarowuje. Choć zastanawiałem się, że kryształowe miasto mogło być inspiracją dla Lovecrafta w Górach szaleństwa, kiedy Robert ogląda rysunki niewidzialnych wampirów, aby poznać ich historię. Widać wpływ epoki - niewidzialne istoty, kiedy odkryto nowe promieniowane, które było niewidoczne gołym okiem.
Cytat: rs w 20 Mar 2025, 17:51Widać wpływ epoki - niewidzialne istoty, kiedy odkryto nowe promieniowane, które było niewidoczne gołym okiem.
Tak, to było wtedy modne. "What Was It?" O'Briena, "Horla" Maupassanta i "Draństwo" Bierce'a z jednej, a "Niewidzialny" Sygurda Wiśniowskiego, "Niewidzialny człowiek" Wellsa i "Sekret Wilhelma Storitza" z drugiej strony.
rs, kto następny czeka w kolejce? Mary Shelley, F. Bacon, Stapledon, Forster?
Shelley jest za wcześnie dla wątku :) zastanawiam się nad księżniczką z Marsa jako pomost między złotą erą sf a początkiem gatunku. Trochę zostało Wellsa i Verne`a. Umiński jest raczej zbyt późny, choć to fantastyka bardzo epigońska
Cytat: rs w 25 Mar 2025, 15:46Shelley jest za wcześnie dla wątku :)
Eetam, też ważna Założycielka gatunku.
Cytat: rs w 25 Mar 2025, 15:46zastanawiam się nad księżniczką z Marsa jako pomost między złotą erą sf a początkiem gatunku.
Nie czytałeś jej aby? ;)
Cytat: rs w 25 Mar 2025, 15:46Umiński jest raczej zbyt późny
Ale - właśnie - stylistyczno-tematycznie nawet w latach '40 XX wieku należał do poprzedniej epoki (
vide "Zaziemskie światy"). Zresztą debiutował jako pisarz SF jeszcze w roku 1892, dwa lata przed "Wehikułem czasu".
Nowego Prometeusza nie za bardzo lubię, choć łatwo zauważyć różnicę między nią a wersjami filmowymi. Choćby potwór Frankensteina mówi, jest inteligentny, silny, niezwykle szybki, a większość znajomych doktora ginie. Trochę przeszkadzała mi ilość zła, które spada na doktora/
Ksieżniczkę czytałem, ale już nie cały cykl. Do tego trochę temu to było, pewnie wiele rzeczy nie pamiętam. W zeszłym roku wróciłem do Koniec wieczności Asimova i okazało się, że źle zapamiętałem książkę. Nie mówiąc, że to co myślałem, że było Limes Inferior było chyba Sennymi zwycięzcami Oramusa (albo Non stop Aldissa) :)
Cytat: rs w 26 Mar 2025, 11:20Nowego Prometeusza nie za bardzo lubię
A to dlaczego? Przez
ilość zła, które spada na doktora? ;)
Cytat: rs w 26 Mar 2025, 11:20Ksieżniczkę czytałem, ale już nie cały cykl.
Cykl trochę ;) popada w powtarzalność, jak to
pulpa z tamtych lat, choć warto sięgnąć po tom piąty - "Szachistów Marsa", i dla tytułowej gry (od której zaczyna się uszczegółowianie światów SF&F, czyli nurt
worldbuildingowy), i dla bohaterki, pierwszej tak silnej - i centralnej fabularnie - postaci w popkulturze.
Cytat: rs w 26 Mar 2025, 11:20W zeszłym roku wróciłem do Koniec wieczności Asimova i okazało się, że źle zapamiętałem książkę.
Nawiasem: Oramus sugeruje by czytać go w duecie z "Powrotem z gwiazd" Lema ;).
Cytat: rs w 26 Mar 2025, 11:20to co myślałem, że było Limes Inferior było chyba Sennymi zwycięzcami Oramusa (albo Non stop Aldissa) :)
W sumie wszystko klasyki ;).
BTW. Z oramusowych najbardziej zajdlowski jest "Dzień drogi do Meorii" (który zresztą - wraz z "Wybrańcami bogów" Ziemkiewicza - efektownie zamyka tę epokę rodzimej SF).
Co do Frankensteina - zastanawia mnie, czemu ekranizacje tak wypaczają powieść. Niby jest to częste w kinematografii, ale zamiast potwora, mamy inteligentnego potwora, który cierpi, jest ludzki, w swym okrucieństwie, inteligencji i do pewnego stopnia moralności. Jest postacią tragiczną, ale potworną w swej zemście. To nie jest potwór, który nie rozumie zła.
Ale czy on nie jest taki i w powieści*, i w filmach?
https://www.youtube.com/watch?v=20fP_1TS9tw
https://www.youtube.com/watch?v=fTSCV8_Rqo4
Ba, nawet ;):
https://www.youtube.com/watch?v=ZztrDsOUJeI
*O czym ładnie Rotter:
wrażliwość fantastycznonaukowa widzi w monstrum nie umarlaka, ale postczłowieka, pierwszego przedstawiciela nowego gatunku, który oprócz przewagi fizycznej, na którą składają się siła, szybkość i odporność, ma również olbrzymi potencjał intelektualny. W istocie na kartach powieści mamy do czynienia z geniuszem, którego możliwości przyswajania i systematyzowania wiedzy przekraczają możliwości przeciętnego człowieka. I cały czas piszę o monstrum Frankensteina, a nie jego twórcy. Świadczy o tym nauczenie się języka mówionego i pisanego na podstawie strzępków podsłuchanych informacji, a także samodzielne przyswojenie kanonu wiedzy ówczesnego świata – od geografii do filozofii.
https://katedra.nast.pl/artykul/6743/Shelley-Mary-Frankenstein/
Władysław Umiński, W nieznane światy (Na drugą planetę)
Jeszcze kilka tygodni temu autor był dla mnie nieznany. Książka opowiada o programie Seti zanim ktoś wymyślił ten program. A do tego opisy przyrody Ekwadoru. Powieść bardzo vernowska. Miliarder i dwóch naukowców (Barrett i Harting) a do tego szpieg z krainy deszczowców, czyli redaktor Tabb. W sumie sf tutaj jest dosyć niewiele, szkoda misia i innych biednych zwierząt, a przygodą jest podróż do odległego kraju z Ameryce Południowego. Barrett jako zapalony myśliwy pokazuje jak zmieniła się wrażliwość w ponad stu latach od napisania książki. Aby losy bohaterów nie była zbyt nudna dochodzi do trzęsienia ziemi, ale powieść była publikowana w odcinkach więc trzeba było co pewien czas zagęszczać atmosferę. Do tego ciekawe jest jak zmienił się język, słowa, które dziś mają wydźwięk mocno seksualny tutaj są one z tego wyprane. Jeśli dokładnie czytać, to widać, że jesteśmy przed 1942 rokiem kiedy Ekwador stracił 40% swojego terytorium.
Oczywiście jest miniaturowy fonograf, którym można nagrywać, teleskop większy niż rzeczywiste, ale dopiero w przedostatnim rozdziale pojawiają się elementy sf - odkrycie Transneptuna i Wulkana, oraz prawdopodobnie odpowiedź Marsjan na sygnał Hartinga. Nie ma kanałów na Marsie choć od Schiaparelliego minęło ponad 15 lat. Rok po powieści Umińskiego ukazała się pierwsza książka Lowella.
Wstrząsający jest opis skutków wysłania sygnału na Marsa, który doprowadził do wielu ofiar wśród ludzi jak zwierząt. To co mogło zdarzyć się u Verne`a gdyby J. T. Maston nie pomylił się w rachunkach, ale się nie wydarzyło. Aż dziwne, że żaden generał nie wpadł na pomysł wykorzystania sygnału świetlnego w działaniach militarnych. Technologia nie jest tylko nadzieją, ale też przekleństwem.
Cytat: rs w 08 Kwi 2025, 18:30Jeszcze kilka tygodni temu autor był dla mnie nieznany. Książka opowiada o programie Seti zanim ktoś wymyślił ten program.
W zasadzie to bardziej CETI, owszem za dział SETI dziś liczone:
https://en.wikipedia.org/wiki/Communication_with_extraterrestrial_intelligence
Przy czym nie jest tak, że wówczas jeszcze o nim nie myślano - kłania się pomysł kojarzony zwykle z Gaussem, dobrych 7 dekad starszy od powieści Umińskiego:
https://en.wikipedia.org/wiki/Gauss's_Pythagorean_right_triangle_proposal
Cytat: rs w 08 Kwi 2025, 18:30widać, że jesteśmy przed 1942 rokiem kiedy Ekwador stracił 40% swojego terytorium.
Na rzecz Peru, dodajmy...
(https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/1/14/Ecuador-peru-land-claims-01.png/960px-Ecuador-peru-land-claims-01.png)
Cytat: rs w 08 Kwi 2025, 22:29Oczywiście jest miniaturowy fonograf, którym można nagrywać, teleskop większy niż rzeczywiste
Robiące jednak za ozdobniki, jak wcześniej w "Niewidzialnych".
Powieść jest pisana w paradygmacie wypracowanym przez Verne`a, jedynie podkręca istniejące technologię, a nie wymyśla istniejące. Do tego autor nie zabiera jednoznacznie głosu, czym były sygnały na Marsie. Można się domyśleć, że odpowiedzią Marsjan, ale pozostawia czytelnika bez rozstrzygnięcia. Czy to, aby przygotować go na sequel, który nie nastał, czy też aby nie zabierać jednoznacznie głosu, tam gdzie nie było oczywiste. Musiał być pewny tego co podpowiadała matematyka - stąd Wulkan i Transneptun, ale w końcu kanały na Marsie pozostawały hipotezą, a nie stanem ówczesnej nauki.
O ile autor nie widzi problemu z opiewaniem zabijania zwierząt dla rozrywki, to jednak dostrzega, że puszczenie sygnału świetlnego może prowadzić do spustoszeń wśród zwierząt.
Cytat: rs w 09 Kwi 2025, 08:19Powieść jest pisana w paradygmacie wypracowanym przez Verne`a, jedynie podkręca istniejące technologię, a nie wymyśla istniejące.
Ba, Umiński podkręca ją znacznie mniej ostentacyjnie, niż Verne - wyjąwszy, rzecz jasna, "Zaziemskie światy" (
vel "Wyprawę na Wenus"). Dziś w zasadzie wszystkie jego tytuły - poza w/w i właśnie omawianym - da się zasadniczo czytać jako zwykłe powieści awanturnicze, nie-SF.
Cytat: rs w 09 Kwi 2025, 08:19Czy to, aby przygotować go na sequel, który nie nastał
Też byś wolał, by "Zaziemskie..." na Marsie się rozgrywały? (Choć z drugiej strony b. by to "Aelitą" pachniało, i ogólnie wszystkimi - wspominanymi już - historiami o eksploracji Marsa...)
Cytat: rs w 09 Kwi 2025, 08:19Wulkan
W sumie fajnie by było mieć ojczyznę Spocka tak blisko, nie? ;)
Widoki nawet by pasowały:
(https://tas.trekcore.com/gallery/albums/blu-ray/102-BR/yesteryearhd0146.jpg)
Zaziemskich światów nie czytałem na razie. W sumie to książka przygotowana do wydania po drugiej wojnie światowej, czyli poza tematem tego wątku, choć podobno fabularnie bliska Verne`a. Przypuszczam, że gdyby Umiński pisał książkę tuż po Na drugą planetę to byłaby to jednak zupełnie inna książka. Inny wiek autora - tutaj kłania się Dywan Pratchetta, który w przedmowie wskazuje, że jego pomysłu na książkę zmieniały się wraz z wiekiem, oraz inne doświadczenia - szczególnie doświadczenia związane z katastrofą jaką była II wojna światowa.
Co do Wenus to zabawne. W końcu Lem, który pisał Astronautów niewiele później niż Umiński też wybrał Wenus jako miejsce, w którym istniała inna cywilizacja
Cytat: rs w 09 Kwi 2025, 23:10Zaziemskich światów nie czytałem na razie. W sumie to książka przygotowana do wydania po drugiej wojnie światowej, czyli poza tematem tego wątku
W sumie niekoniecznie. Wracamy tu do tego, o czym rozmawialiśmy w kontekście Asimova - że czasem pisarze zatrzymują się mentalnie na etapie jakiejś epoki czy stylistyki.
Cytat: rs w 09 Kwi 2025, 23:10Co do Wenus to zabawne. W końcu Lem, który pisał Astronautów niewiele później niż Umiński też wybrał Wenus jako miejsce, w którym istniała inna cywilizacja
Tak, jest to powszechnie (tj. na tyle, na ile znana jest dziś twórczość Umińskiego) znana zbieżność. Może - po prostu - obaj Panowie uznali, że Mars (o Księżycu nie mówiąc) jest zbyt ograny? A może wpływ miało i to, że obaj wcześniej o Marsie (w sposób bardziej kameralny SF-owo) pisali?
Skądinąd "Astronauci" też są jeszcze dość verne'owscy.
A najzabawniejszy jest fakt, że Lem nie mógł znać książki Umińskiego, gdyż kilka lat czekała na druk. Burroughs też pisał o Wenus. Jego cykl to lata trzydzieste. Może Wenus była bardziej na fali niż Mars. W końcu już w okresie międzywojennym kanały na Marsie były uznawane za złudzenie optyczne, oraz wiedziano, że tamtejsza atmosfera jest rzadka. Mars stawał się coraz bardziej niegościnny. Wenus ze swoją gęstą atmosferą mogła wydawać się bardziej atrakcyjna
Cytat: rs w 10 Kwi 2025, 11:13Może Wenus była bardziej na fali niż Mars. W końcu już w okresie międzywojennym kanały na Marsie były uznawane za złudzenie optyczne, oraz wiedziano, że tamtejsza atmosfera jest rzadka. Mars stawał się coraz bardziej niegościnny. Wenus ze swoją gęstą atmosferą mogła wydawać się bardziej atrakcyjna
Może i tak? W zbliżonym czasie ukazały się też "Lekcja historii" Clarke'a (1949) i "Między planetami" Heinleina (1951), obie z (gadowatymi) Wenusjanami w istotnych rolach.
A propos...
https://en.wikipedia.org/wiki/Venus_in_fiction
https://sf-encyclopedia.com/entry/venus
ps. https://www.sedenko.pl/2024/12/17/czas-na-uminskiego/ ;)
Kolejny trailer serialowego Nautilusa:
https://www.youtube.com/watch?v=UU3dGKRxDGc
Judith Tarr o "20.000 mil podmorskiej żeglugi" od strony worldbuildingowej:
https://reactormag.com/around-the-world-in-300-ish-days-jules-vernes-twenty-thousand-leagues-under-the-seas/
Judith Tarr wraca do - dokumentującej jedną z wypraw Cousteau - serii Voyage To The Edge Of The World, w verne'owskim kontekście:
https://reactormag.com/the-improbable-wedding-of-fire-and-ice-jacques-cousteaus-voyage-to-the-edge-of-the-world/
Trailer:
https://www.youtube.com/watch?v=wWO_Ee4O-UA
Trzeci tom przygód Chellengera Kraina mgieł. Książka ukazała się w 1926 roku, czyli 13 lat po Trujące pasmo. Tym razem głównym tematem jest spirytualizm. Conan Doyle po smutnych doświadczeniach wojny, kiedy stracił syna i kilku innych członków rodziny zwrócił się po pociechę. Challenger stracił żonę, Summerlee też nie żyje. W końcu Conan Doyle zbliżał się do 70 roku życia.
Malone odwiedza od kościoła parapsychologów, ale opis seansu wyglądał jako parodia. Malone i córka Chellengera są trochę jak Mulder, chcą wierzyć. Potem mamy kolejne seanse i duchy
Utyskiwania starzejącego się Roxtona nad rozwojem alpinizmu brzmią nowatorsko. Przypomina się Ijon Tichy i jego utyskiwania. "Jedynie na Mount Everest można zaznać odrobiny prawdziwej samotności" - dziś brzmi trochę zabawnie
No i niecodzienna krytyka kary śmierci - "Niewielka część duchów, naprawdę znikoma, mam nadzieję, potrafi być śmiertelnie niebezpieczna. To są silne, złowrogie twory, które zdobyły tyle ektoplazmy, żeby na stałe zakotwiczyć się na Ziemi. Ich fluidy są zdolne odbić się w ludzkiej źrenicy i stać dla nas widzialne. Takie duchy są okrutne i przebiegłe, bo z reguły takimi były za życia, i potrafią zranić człowieka. Te potwory są ofiarami naszego systemu penitencjarnego, który uśmierca je w pełni ich sił witalnych, co pozwala im po śmierci szukać zemsty".
Cytat: rs w 20 Maj 2025, 23:30Tym razem głównym tematem jest spirytualizm. Conan Doyle po smutnych doświadczeniach wojny, kiedy stracił syna i kilku innych członków rodziny zwrócił się po pociechę.
Na jedno smutne - kapitulacja niepospolitego umysłu przed zabobonem, życiowym nieszczęściem wywołana. Na drugie - od jaśniejszej strony patrząc - łącznik pomiędzy dwiema wielkimi tradycjami brytyjskiej literatury - SF (czy też - by użyć lokalnego określenia -
scientific romance) i
ghost story.
Cytat: rs w 20 Maj 2025, 23:30No i niecodzienna krytyka kary śmierci - "Niewielka część duchów, naprawdę znikoma, mam nadzieję, potrafi być śmiertelnie niebezpieczna. To są silne, złowrogie twory, które zdobyły tyle ektoplazmy, żeby na stałe zakotwiczyć się na Ziemi. Ich fluidy są zdolne odbić się w ludzkiej źrenicy i stać dla nas widzialne. Takie duchy są okrutne i przebiegłe, bo z reguły takimi były za życia, i potrafią zranić człowieka. Te potwory są ofiarami naszego systemu penitencjarnego, który uśmierca je w pełni ich sił witalnych, co pozwala im po śmierci szukać zemsty".
Zarazem pokazanie - choć na drobnym przykładzie - jak empiryczne odkrycie ew. życia pozagrobowego musiałoby wstrząsnąć naszymi pojęciami i sposobem postrzegania świata (potem bawił się tym samym np. Sawyer w "Eksperymencie terminalnym"), i racjonalizacja morderczych upiorów M.R. Jamesa, Le Fanu i nawet co bardziej przyziemnych współczesnych horrorów. A przy tym i niedokończona dukajowa "Baśń" się jakoś kojarzy.
Eksperyment profesora Challengera (When the World Screamed) opowiadanie z 1928 roku, ale mentalnie tkwi w poprzedniej epoce. Conan Doyle miał już 68 lat
"Eter. Ziemia krąży w przestrzeni, a eter przedostaje się do jej wnętrza i zaopatruje ją w czasie ciągłej wędrówki w substancje odżywcze. Inne światy-jeżowce, Mars, Wenus itd. pobierają pokarm w ten sam sposób" -jestesmy 40 lat po doświadczeniu Michelsona-Morleya, a eter ciągle gości jako fizyczna substancja. Od prac Ensteina minęło sporo czasu
Osiem mil! – zawołałem. – Ależ najgłębsza ze znanych studzien artezyjskich, zbudowana na Górnym Śląsku, ma sześć tysięcy dwieście stóp głębokości!
8 mil to 12,874752 kilometra. Trochę więcej niż Supergłęboki Odwiert Kolski. 6 tys. stóp to 1.889760km. Nie wiem jednak co to za studnia. Najgłębsza Kopalnia Węgla Kamiennego w Polsce "Budryk" w Ornontowicach to 1320 m., tyle że ona powstała w 1978 roku. ROW Ruch Rydułtowy to 1220 metrów. Na trzecim miejscu plasuje się Zofiówka o głębokości 1125 metrów. Tylko Rydułtowie wydobywano węgiel (a więc pewnie istniały też system odwadniania) w czasach Conan Doyle`a, ale ciągle brakuje 800 metrów. Do tego nie wiem do jakiej głębokości sięgała kopalnia w latach dwudziestych XX wieku
Cytat: rs w 21 Maj 2025, 08:20Eksperyment profesora Challengera (When the World Screamed) opowiadanie z 1928 roku, ale mentalnie tkwi w poprzedniej epoce.
Ba, może w jeszcze starszej. Zdaje się, że podobne do centralnej fabularnie dla niego tezy głosił już Giordano Bruno, który skazany na stos został m. in. za twierdzenie, że
"Ziemia posiada zmysłową i rozumną duszę". A w jego trzecim dialogu pojawia się wyraźne porównanie naszej planety do żywego organizmu i słowa o ciele Ziemi (niestety, dysponuję tylko tekstem przekładu angielskiego):
Theophilus –/.../ to mean under the name of Earth the whole machinery and the entire animated part, which consists of dissimilar parts; so that the rivers, the rocks, the seas, the whole vaporous and turbulent air, which is enclosed within the highest mountains, should belong to the Earth as its members, just as the air [does] in the lungs and in other cavities of animals by which they breathe, widen their arteries, and other similar effects necessary for life are performed. The clouds, too, move through accidents in the body of the Earth and are in its bowels as are the waters."Przy czym grzebiąc jeszcze głębiej można dotrzeć do Platona, który - w "Timaiosie" - tak pisał:
"Przyjmijmy, że Wszechświat jest najpodobniejszy do tej istoty żywej, której poszczególne istoty żywe i gatunki są cząstkami. Ta istota obejmuje i ma w sobie wszystkie istoty żywe pomyślane tak, jak ten świat zawiera nas i wszelkie inne zwierzęta natury widzialnej"(Co prawda tam Ziemia, tu cały Wszechświat, ale kierunek zbliżony...)
W sumie w pewnym stopniu teoria Gai jest potomkiem postrzegania Ziemi jako żywej istoty. Tak na marginesie - dopiero teraz skojarzyłem, że powiedzenie na falach eteru mogło być dosłowne, radio wynaleziono już po doświadczeniu Michelsona-Morleya czyli eter dłużej straszył niż sądziłem
Cytat: rs w 21 Maj 2025, 23:30W sumie w pewnym stopniu teoria Gai jest potomkiem postrzegania Ziemi jako żywej istoty.
Tak.
Z innej beczki... Skoro O'Briena (nie-Milesa ;)), w temacie horrorowym, wspomniałem. Antologizowana regularnie z jego "Diamentową soczewką"
*, choćby w "Drodze do science fiction", czy cyklu słuchowisk Weird Circle:
https://www.otrcat.com/p/weird-circle
I na uczelniach z nią omawiana:
https://studiegids.universiteitleiden.nl/en/courses/113682/short-stories-in-english-1830-1990
"Córka Rappacciniego" Nigela Hawthorne'a:
https://en.wikisource.org/wiki/Mosses_from_an_Old_Manse/Rappaccini's_Daughter
...nieprzypadkowo rozgrywa się przed wiekami w Padwie. Ojciec jej bohaterki tyt. (pierwowzoru komiksowej Poison Ivy zresztą) jest bowiem sugerowanym przez fabułę potencjalnym (fikcyjnym) współ/założycielem prawdopodobnie najstarszego znanego ogrodu botanicznego:
https://en.wikipedia.org/wiki/Orto_botanico_di_Padova
https://whc.unesco.org/en/list/824/
https://ortobotanico1545.it/en/
A gdy i o "Diamentowej..." była mowa, przypomnijmy sobie i realne dokonania jej wewnątrzfabularnego zagrobowego wynalazcy ;):
https://en.wikipedia.org/wiki/Antonie_van_Leeuwenhoek
http://www.euronet.nl/users/warnar/leeuwenhoek.html (https://web.archive.org/web/20040218065849/http://www.euronet.nl/users/warnar/leeuwenhoek.html)
https://lensonleeuwenhoek.net/
https://ucmp.berkeley.edu/history/leeuwenhoek.html
http://www.brianjford.com/Lab%20News%20Sept%20pA4-A6.pdf
W tym jego prawdziwy mikroskop:
http://www.mindspring.com/~alshinn/Leeuwenhoekplans.html (https://web.archive.org/web/20130120184920/http://www.mindspring.com/~alshinn/Leeuwenhoekplans.html)
* https://forum.startrek.pl/index.php?topic=32.msg3880#msg3880
Jeszcze z klasyki - opowiadanie "Gwiazda" ("The Star") Wellsa, czasem uważane za pierwszy utwór nowocześnie pojętej SF (niewątpliwie, widać jego echa u Stapledona i Carke'a z jednej, a Haldemana np. z drugiej strony), a zdecydowanie stanowiące początek tej SF-owej tradycji, do której Mistrz Lem przyznałby się bez wahania. Zwięzłe, poruszające i - co podkreślał Gernsback w przedmowie do jego gazetowego wydania - w pełni poprawne naukowo:
https://en.wikisource.org/wiki/Tales_of_Space_and_Time/The_Star
Jeszcze jeden trailer serialowego Nautilusa:
https://www.youtube.com/watch?v=6AjVpIqK6U8
Na marginesie wellsowej "Gwiazdy":
https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0019103525001794
https://tech.wp.pl/jakie-sa-szanse-ze-ziemia-zderzy-sie-z-inna-planeta-naukowcy-oszacowali-ryzyko,7162623745923776a
Władysław Umiński, W głębinach oceanu
Książka napisana w 1920 roku. Za kilka lat w USA zacznie się Pulp Era SF. Powieść Umińskiego kojarzy się z Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, tyle że została napisana 50 lat później niż jej pierwowzór. Łódź podwodna ciągle jest w powieści nowym wynalazkiem, a przecież kilka lat wcześniej były one użyte podczas I wojny światowej. Od kilkunastu lat okręty podwodne były na wyposażeniu marynarek wojennych, choć do bieguna długo jeszcze nie mogły dopłynąć. Już z tego punktu widzenia powieść jest dosyć anachroniczna.
To co urocze w tej powieści, to fakt, że jego autor zdaje sobie sprawę, że coś w historii się zmieniło. Świat był już poznany, białych plam na mapach już nie było. XIX wiek zapełnił mapy, zamiast odkryć, została turystyka. Umiński jest świadomy, że Europejczycy niedługo będą znać inne lądy równie dobrze jak Europę. Nie było już czego odkrywać. Zostało dotarcie do Bieguna Północnego, czy wejście na najwyższe szczyty, ale epoka odkryć geograficznych się już skończyła.
Powieść dotyczy dotarcia do bieguna północnego. Umiński pisał kilkanaście lat po wyprawach Cooka i Peary`ego. Jego rozważania dotyczące zastrzeżeń dotyczących wyprawy Peary`ego brzmią dziś dosyć rasistowsko, choć paradoksalnie miał on częściowo rację, dopiero 30 lat temu okazało się, że Peary do bieguna nie dotarł. W powieści wspomina się też Amundsena jako wielką gwiazdę, którą rzeczywiście był w czasach pisania powieści. Jesteśmy ponad 30 lat przed osiągnięciem bieguna południowego przez USS Nautilus. Niemniej nowi Magellanowie, Kolumbowie, Stanleyowi byli do wyobrażenia już tylko w ostatnią granicą.
Książkę postrzega się jako niemal dosłowną przeróbkę Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi Verne'a. Nie do końca jest to uzasadnione. Schemat powieści jest podobny opowiada o przygodach podróżników łodzi podwodnej. Tyle, że powieść nie opowiada o podwodnym świecie, a konkretnie o podróży pod Morzem Arktycznym (od niedawna Ocean Arktyczny. Punkt startu powieści jest inny - zamiast uwięzienia bohaterów mamy ochotników, którzy chcą wzięli udział w wyprawie. Zamiast doświadczonego kapitana, który od jakiego czasu mamy dziewiczy rejs. Mamy też kobietę, która odmawia ręki młodemu dandysowi, chyba że dokona czegoś heroicznego. Nie da się jednak ukryć epigońskiego charakteru powieści, która w niedużym stopniu wykracza poza ówczesną technologię.
Tak jak u Verne`a polowanie na ptaki czy ssaki to nie tylko chęć zdobycia pożywienia, ale też przezwyciężenie nudy, rozrywka. Jeszcze długo nie budziło to wątpliwości, z dzisiejszej wrażliwości brzmi to upiornie. Umiński nie widzi problemu z zabijaniem rzadkich gatunków, które bliskie są wymarcia. Bezmyślność straszliwa. Upiorna lektura. Tak na marginesie to Umiński nie zastanawia się nad temperaturą na zewnątrz. Bohaterowie beztrosko wychodzą bliżej ławicy morsów. Kto by się jednak przejmował.
Postacie są dosyć płaskie. Celine ma być nagrodą dla bohatera, w sumie jest tego świadoma, że jak Kornel się wykaże, to będzie dawała mu d..., co oczywiście jest ładniej ubrane, zostanie wybranką serca Kornela. Inna sprawa, że tylko początkowo ta wizja nie była jej przyjemna, już na statku najchętniej oddała mu wszystko, tyle że on był ciapą. Kornel jest początkowo mocno antypatyczny, bogaty sebix, dopiero później normalnieje. Jego zagrywka z drugim statkiem jest trochę dziwaczna.
Cytat: rs w 10 Cze 2025, 09:52Książka napisana w 1920 roku. Za kilka lat w USA zacznie się Pulp Era SF.
W sumie zależy jak liczył. Burroughs i Merritt zdążyli do tego czasu już debiutować. Natomiast do zaistnienia "Amazing Stories" w istocie zostało 6 lat.
Cytat: rs w 10 Cze 2025, 09:52Powieść Umińskiego kojarzy się z Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, tyle że została napisana 50 lat później niż jej pierwowzór. Łódź podwodna ciągle jest w powieści nowym wynalazkiem, a przecież kilka lat wcześniej były one użyte podczas I wojny światowej. Od kilkunastu lat okręty podwodne były na wyposażeniu marynarek wojennych
W zasadzie łodzie podwodne istniały już w czasach Verne'a
*. Ale z drugiej strony zwróćmy uwagę ile dekad po locie Gagarina i spacerku Leonowa wciąż można było zepatować publikę "Grawitacją", i że "Apollo 13" choć to film historyczny, paradokumentalny wręcz, najbardziej do odbiorców klasycznej SF trafia. Może więc kluczowe nie jest tu to, czy dana technologia już istnieje (te z technothrillerów militarnych np. istnieją, zazwyczaj), a odległość jej zastosowań od potocznego doświadczenia autora i - tym bardziej - odbiorców?
* https://muzeum.startrek.pl/forum/index.php?action=vthread&forum=2&topic=3754&page=12#msg299349
Cytat: rs w 10 Cze 2025, 09:52To co urocze w tej powieści, to fakt, że jego autor zdaje sobie sprawę, że coś w historii się zmieniło. Świat był już poznany, białych plam na mapach już nie było. XIX wiek zapełnił mapy, zamiast odkryć, została turystyka.
I dlatego SF zaraz między gwiazdy wystrzeli (na najbliższe ciała niebieskie już zdążyła). I odkryje, że tylko limit Universum ją ogranicza (kłania się Stapledon ze "Star Makerem", ale i piszący dokładnie w czasie, w którym powieść Umińskiego do druku trafiła, "Doc" Smith).
Cytat: rs w 10 Cze 2025, 09:52dopiero 30 lat temu okazało się, że Peary do bieguna nie dotarł.
W sumie wciąż nie wiadomo - dotarł, czy nie, ale wątpliwości są.
Cytat: rs w 10 Cze 2025, 09:52W powieści wspomina się też Amundsena jako wielką gwiazdę, którą rzeczywiście był w czasach pisania powieści.
Dla mojej babci - w omawianym czasie lat naście mającej - Amundsen, Scott - to były nazwiska.
Cytat: rs w 10 Cze 2025, 09:52Jesteśmy ponad 30 lat przed osiągnięciem bieguna południowego przez USS Nautilus.
USS Nautilus dopłynął do bieguna północnego, i tym sposobem Umiński, choć tak wtórny w tym wypadku, wyszedł na proroka ;). Do bieguna południowego natomiast dopłynął Nautilus z "20 000 mil...", czym Verne - choć idea jego - sam sobie nieświadomie strzelił w stopy ;).
https://en.wikisource.org/wiki/Works_of_Jules_Verne/Twenty_Thousand_Leagues_Under_the_Sea/Chapter_37
Cytat: rs w 10 Cze 2025, 09:52Mamy też kobietę, która odmawia ręki młodemu dandysowi, chyba że dokona czegoś heroicznego.
Brzmi jak powtórka z wątku Malone'a, sprzed lat paru. Acz poniekąd i "Gwiazda Południa" od biedy się kojarzy.
Cytat: Q__ w 10 Cze 2025, 14:35USS Nautilus dopłynął do bieguna północnego, i tym sposobem Umiński, choć tak wtórny w tym wypadku, wyszedł na proroka ;). Do bieguna południowego natomiast dopłynął Nautilus z "20 000 mil...", czym Verne - choć idea jego - sam sobie nieświadomie strzelił w stopy ;).
https://en.wikisource.org/wiki/Works_of_Jules_Verne/Twenty_Thousand_Leagues_Under_the_Sea/Chapter_37
No tak, do bieguna południowego to miałby problem dopłynąc :) oj od dawna Antarktyda rozciąga się na około. Ostatni raz można było dopłynąć do niego łodzią chyba w mezozoiku
Pozostając w klimatach verne'owsko-postnautilusowych. Trailer mało znanej ekranizacji "Robura zdobywcy", zatytułowanej "Master of the World":
https://www.youtube.com/watch?v=IK78UcJmiJw
Przypomnienie postaci pana, który mógłby być bohaterem powieści Verne'a:
https://informacje.wp.pl/wiadomosci/garbaty-geniusz-z-wroclawia-nie-mial-sobie-rownych-7168691753959168a
https://en.wikipedia.org/wiki/Charles_Proteus_Steinmetz
Lubię gdy media piszą o takich ludziach, sprawach...
o rejsie Nautiliusa:
https://youtu.be/MIZqlXfRWMc?si=KumRUt-vmB18aJdH
Myślałem, że ktoś odtworzył trasę verne'owskiego, ale prawda - to nawet lepiej :).
Drobna ciekawostka - o ile największe klasyki Shelley, Verne'a i Wellsa, oraz wczesny Umiński kwalifikowani teraz bywają do ery Scientific Romance, o tyle późniejsze dzieła, które tu omawialiśmy do - nowo zdefiniowanej Radium Age of SF:
https://mitpress.mit.edu/series/radium-age/
Który to termin ukuł pan zwący się Joshua Glenn:
https://en.wikipedia.org/wiki/Joshua_Glenn
O pani, która śladem Phileasa Fogga wyruszyła:
https://informacje.wp.pl/wiadomosci/zamknela-sie-w-psychiatryku-ujawnila-przerazajaca-prawde-7171911126118144a
Recenzja niedawnego Nautilusa ze strony Tor:
https://reactormag.com/tv-review-nautilus-premiere-is-engaging-but-can-it-do-justice-to-captain-nemo/
Kiedyś to było 80 dni... ;)
https://www.onet.pl/turystyka/dalekowswiatpl/luksusowa-wycieczka-pociagiem-dookola-swiata-za-500-tys-zl/d3gc2ef,30bc1058
Caspak series - Ląd zapomniany przez czas
Po raz kolejny człowiek spotyka dinozaury i praludzi. Od Podróży do wnętrza Ziemi minęło pół wieku. Zaginiony świat to kilka lat. Edgar Rice Burroughs miał za sobą cztery tomy cyklu o Marsie i kilka tomów o Tarzanie. Pomysł powrotu do prehistorycznego świata przez cywilizowanych ludzi, którzy wykorzystują nietypowe warunki - wnętrze Ziemi, zamknięty ekosystem, a w tym wypadku odosobniona wyspa - aby spotkać się z dawnym życiem. Oczywiście jesteśmy daleko od naszych wyobrażeń, choć pewne elementy sa już nam bliższe. U Burroughs pojawiają się gatunki dinozaurów nam znane - Allozaur, Tyranozaur, Diplodok. Jego poprzednicy byli tutaj bardziej odlegli, byli jednak wcześniejsi. Choć Challenger być może spotkał się z allozaurem lub megalozaurem. Pierwszy tom trylogii jest dosyć podobny do dzieł poprzedników. Z tym, że wykorzystuje ona łodz podwodną i Wielką wojnę. Niemcy zachowują się jak barbarzyńcy, ale bohater miał swój udział w doprowadzeniu do barbarzyństwa. Bowen Tyler jak Tony Stark produkuje broń, której później sam pada ofiarą
Książka jest charakterystyczna dla epoki. Kobieta służy do wyzwolenia pokładów bohaterstwa w bohaterze. Jak Bohater o tysiącu twarzy - sprawdz czy Lys La Rue nie jest zaginioną siostrą :) Lys La Rue towarzyszy gromadzie młodych mężczyzn, żaden z nich nie próbuje tego wykorzystać. Jej romans z Bowen Tyler jest bez ikry, bez cielesności. Biały człowiek spotyka barbarzyńców, których trzeba wychować. W tym wypadku barbarzyńca to człowiek pierwotny, ale brzemie białego człowieka nie pozwala o tym zapomnieć. Już na wstępie widzimy, że coś jest nie tak. Pierwotni ludzie tworzą stada od goryli po neandertalczyka. Widzimy, że jest to dziwne, więc może ma sens. Nie da się ukryć, że Burroughs jest po napisaniu Księżniczki Marsa i widzimy, że kolejne tomy będą pogłębiały świat. Widzimy, że z wyspą jest coś nie tak. Bohater spotyka dinozaury jedynie na początku potem spotyka prehistoryczne ssaki. Do tego na wyspie nie ma dzieci. Pewnie to nie przypadek. W końcu w cyklu Barsoom też na początku nie było białych, czarnych, czy żółtych Marsjan. Tak jak w Barsoom na Caprona ludzie chodzą nago.
Cytat: rs w 02 Wrz 2025, 23:44Po raz kolejny człowiek spotyka dinozaury i praludzi. Od Podróży do wnętrza Ziemi minęło pół wieku. Zaginiony świat to kilka lat.
Nie zapominajmy o "Profesorze Przedpotopowiczu" z roku 1896.
https://pl.wikisource.org/wiki/Profesor_Przedpotopowicz
(Ciągu dalszym "Doktora Muchołapskiego" zresztą:
https://pl.wikisource.org/wiki/Doktór_Muchołapski)
W sumie ciekawe, swoją drogą, że temat - wydawałoby się - tak prosty, i tak łatwy do wyczerpania, był odgrywany tyle razy pod rząd, i odgrywany jest do dziś, we wszystkich możliwych mediach.
Caspak series - Ludzie, o których zapomniał czas
Druga część trylogii ma nowego bohatera Tom Billings, który wyruszył ratować swojego kolegę. On również spotyka dziewczynę, tym razem miejscową Ajor, dzięki czemu Edgar Rice Burroughs rozwija dziwaczną biologię na wyspie. Ludzie przechodzą z jednego gatunku w drugi. Zaczynamy widzieć, czemu na wyspie nie ma dzieci, a gatunki zwierząt zmieniają się zgodnie z czasem. Na razie nie wiemy, czemu ta wyspa jest tak zadziwiająca. Dzięki temu książka nie jest powtórką z pierwszej części trylogii. Z drugiej strony widzimy wyraźne podobieństwa do cyklu o Barsoom jeśli chodzi nie tylko o schematy fabularne, ale też rozwiązania dotyczące biologii obcych ludzi, ale innych. Książka przygodowa połączona z romansem
Cytat: rs w 03 Wrz 2025, 08:58Edgar Rice Burroughs rozwija dziwaczną biologię na wyspie. Ludzie przechodzą z jednego gatunku w drugi. Zaczynamy widzieć, czemu na wyspie nie ma dzieci, a gatunki zwierząt zmieniają się zgodnie z czasem. Na razie nie wiemy, czemu ta wyspa jest tak zadziwiająca.
Wczesna awanturnicza SF - czy może raczej lost race story - lubiła takie cuda, jej spóźnieni epigoni także - tu kojarzy się "Dolina Płomienia" Kuttnera, tyleż przypominająca w/w cykl, co - przez obecność w nich obu Płomienia o niezwykłych możliwościach - "Oną" Haggarda:
https://en.wikipedia.org/wiki/Valley_of_the_Flame
W otchłani czasu (Out of Time's Abyss) - trzeci i ostatni tom trylogii. Przez większość powieści śledzimy losy trzeciego z bohaterów, który zostaje porwany przez uskrzydloną najwyższą cywilizacje świata (Wieroo). Przypominające Szernów Żuławskiego uskrzydleni ludzie, dziwaczna biologia wyspy (nie do końca rozumiem jej sens), przygoda, kolejny mdły romans, a na koniec zwieńczenie wszystkich wątków, spotkanie się trzech par i pozostałych rozbitków, konfrontacja z Von Schoenvortsem i powrót do naszego świata. Szernowie i Wieroo dwa oblicza odwiecznej ludzkiej tęsknoty za lataniem :) Na plus, że mimo powtarzania schematu kobiety w opresji to Burroughs nie naśladuje poprzednich części. Powieść równie dobrze mogłaby się toczyć na jakieś planecie zamieszkałej przez humanoidów. Tak na marginesie, jesteśmy miesiące po akcji pierwszej powieści, a Lys La Rue nie zaszła w ciąże. Nie wszyscy Niemcy są tez źli :) Ogólnie bardzo pozytywne wrażenia
Cytat: rs w 05 Wrz 2025, 23:23uskrzydloną najwyższą cywilizacje świata (Wieroo). Przypominające Szernów Żuławskiego
Doliczyłbym jeszcze Eloorów z niewidzialnymi wampirami i - by sięgnąć do ambitniejszych okazów SF owej epoki - skrzydlatych Siódmych Ludzi Stapledona.
Cytat: rs w 05 Wrz 2025, 23:23dziwaczna biologia wyspy (nie do końca rozumiem jej sens)
Dlatego przywołałem Kuttnera. Nie tylko jako epigona tego stylu uprawiania fantastyki, ale i pozytywny antyprzykład, bo biologia jego Doliny... ma mimo wszystko więcej sensu (osiągniętego przez swoisty minimalizm pomysłów - wszystkie cuda w/w ukrytego w dźungli obszaru da się sprowadzić do jednej, relatywnie prostej przyczyny).
Cytat: rs w 05 Wrz 2025, 23:23Powieść równie dobrze mogłaby się toczyć na jakieś planecie zamieszkałej przez humanoidów.
To prawda, acz z drugiej strony SF wtedy się dopiero oswajała z ideą podróży na odległe planety.
Cytat: rs w 05 Wrz 2025, 23:23Nie wszyscy Niemcy są tez źli :)
Niestety, potem E.R.B. zaliczy regres. W młodszym o rok-dwa "Tarzanie nieposkromionym" będą już tylko płaskimi zbrodniarzami/wrogami do pokonania (z wyjątkiem pewnej podwójnej agentki, którą ta podwójność ;) ratuje).
Cytat: rs w 05 Wrz 2025, 23:23Ogólnie bardzo pozytywne wrażenia
Tak, w całym swoim archaizmie Burroughs jest też na swój sposób nowoczesny, czyli da się bezboleśnie czytać i dziś.
Amerykanie z jednej strony parli do udziału w wojnie, ale z drugiej ich elity bały się efektu strat wojennych i odwrócenia opinii społecznej od udziału w konflikcie. Przygotowywali opinię publiczną na wielkość strat. Nic takiego nie nastąpiło, ale społeczeństwo amerykańskie było w odpowiedni sposób przygotowywane - potworyzacja Niemców przy dużej liczbie obywateli którzy mieli niemieckie korzenie - następowało. Tutaj Burroughs raczej był dzieckiem swojej epoki
Co następnego masz w planie? Cykl wenusjański E.R.B.? Pellucidar? Coś Merritta ("The Moon Pool"? "Twarz w otchłani"?)?
Na razie to obowiązki. Niestety. Chyba zostało jeszcze coś z przygód Chellengera. Do cyklu wenusjańskiego też się przymierzam. Ostatni i pierwsi ludzie Stapledona (choć zbyt śmieszą przewidywania dotyczące historii politycznej) i powrót do Verne`a (przede wszystkim Hektor Servadac)
Cytat: rs w 10 Wrz 2025, 06:48Na razie to obowiązki. Niestety.
Ech, współczuję...
Cytat: rs w 10 Wrz 2025, 06:48Ostatni i pierwsi ludzie Stapledona (choć zbyt śmieszą przewidywania dotyczące historii politycznej)
Nie lekceważyłbym tej powieści(?). Owszem spekulacja polityczna bliskiego zasięgu jest tam naiwna, zwł. z obecnej perspektywy, i ogólnie trudno rzecz brać serio jako futurologię, ale ten rozmach, ta uroda - smętnych w sumie - wizji całych epok, ta skala czasowa... Słusznie Lem powiedział, że to przegrana, ale w tytanicznym boju...
A poza tym: czy jest to w sumie bardziej nierealistyczne, niż większość wizji wczesnej SF?
Cytat: rs w 10 Wrz 2025, 06:48powrót do Verne`a (przede wszystkim Hektor Servadac)
Widzę, że kusi Cię Verne w najbardziej fantastycznym wydaniu ;).
ps. "Twarz w otchłani" Merritta wspominam nie bez powodu. Owszem, to bardziej fantasy, niż pożądna SF, ale facet "wymyślił" tam zasadniczo VR i inżynierię genetyczną.
Cytat: rs w 06 Wrz 2025, 15:09Amerykanie z jednej strony parli do udziału w wojnie, ale z drugiej ich elity bały się efektu strat wojennych i odwrócenia opinii społecznej od udziału w konflikcie. Przygotowywali opinię publiczną na wielkość strat. Nic takiego nie nastąpiło, ale społeczeństwo amerykańskie było w odpowiedni sposób przygotowywane - potworyzacja Niemców przy dużej liczbie obywateli którzy mieli niemieckie korzenie - następowało. Tutaj Burroughs raczej był dzieckiem swojej epoki
Właśnie byłem na konferencji, na której referent przypomniał, że w ramach walki podczas Wielkiej wojny z kulturą niemiecką zmieniono w USA nazwę Hamburger na Liberty Steaks, Frankfurterki stały się liberty sausage lub hot dogs (tutaj nazwa pojawiła się przed Wielką wojną), kiszona kapusta (sauerkraut) na liberty cabbage. Nawet różyczka została przemianowana na liberty measles przez lekarza z Massachusetts. Patrioci czuli potrzebę ochrony amerykańskiej opinii publicznej przed skażeniem przez nielojalną muzykę, dążąc do wyeliminowania klasycznych niemieckich kompozytorów, takich jak Beethoven, Bach i Mozart, z programów orkiestr. Niektóre stany zakazały nauczania języka niemieckiego zarówno w szkołach prywatnych, jak i publicznych. W lipcu 1918 roku Dakota Południowa zakazała używania języka niemieckiego przez telefon oraz na publicznych zgromadzeniach trzech lub więcej osób. Jamnik (Dachshunds) stał się wLiberty Pups, a Owczarek niemiecki Alsatian Wolf Dogs. Miasta w stanie Iowa, Germania i Berlin, zmieniły swoje nazwy odpowiednio na Lakota i Lincoln.
Amerykanie o korzeniach niemieckich z Davenport byli często oskarżani o nielojalność wobec Ameryki. Wielu z nich zostało zobowiązanych do wpłacenia pieniędzy na Czerwony Krzyż, wykupienia pożyczek wolnościowych lub przyłączenia się do organizacji patriotycznych wspierających sprawę aliantów. Niektórym z nich pomalowano domy na żółto, kolor kojarzony z nielojalnością. Niektórych mieszkańców wywleczono na ulicę lub plac publiczny i zmuszono do ucałowania amerykańskiej flagi i zadeklarowania swojej lojalności. Niektórych bito. Innych wypędzono z miasta. W Davenport High School uczniowie protestowali i spalili ponad 500 niemieckojęzycznych książek, map i obrazów cesarza, które zostały usunięte z ich biblioteki. Antyniemiecka propaganda była czymś naturalnym, odczłowieczano Niemców
No to dziś jednak mało kto wzywa - w wiadomym kontekście - do wylewania Czajkowskiego czy Dostojewskiego z kąpielą ;).
pewne rzeczy się nie zmieniają. W każdym razie Burroughs był dzieckiem epoki, ówczesnych nastrojów amerykańskich.
A co do Servadac to zaczyna się nieciekawie. Jesteśmy w 1877 roku. Najpierw dziwaczny powód pojedynku (choć dosyć szybko się okazuje, że to pretekst a panów poróżniła wdowa, no ale wiadomo za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał). Po czym Verne tłumaczy kim jest jego bohater i jego sekundand-ordynans. Dalej doszło do katastrofy, która powinna dać katastrofalne efekty. Może sensowniejsze byłoby, gdyby Verne zamiast opowiadać o losie oficera-poety skupił się na próbie odpowiedzi na pytanie jakie mogło przynieść do efekty. No, ale to jest serii Niezwykłe Podróże, a nie scenariusz na film dla Emmericha. Choć pojawienie się fenomenów związanych z wielkością wyrwanego kawałka Ziemi jest ciekawe.
– Panie kapitanie – powiedział raz Ben-Zouf, który trochę liznął literatury – wydaje mi się, że pan zamienia się w Robinsona, a ja przekształcam się w Piętaszka! Czy staję się Murzynem...?
– Nie, Ben-Zoufie – odpowiedział kapitan Servadac. – Jesteś nadal ładnie biały... teraz nieco śniady!
– Biały Piętaszek – uznał Ben-Zouf – to trochę nielogiczne, ale tak bardziej mi się podoba!
W sumie można w tym się dopatrzeć trochę rasizmu. Jak na razie Verne nie traktował poważnie swoich bohaterów. Mimo dziwnej sytuacji głównie śmieszkują. Książka nie wydaje się być napisana na poważnie. Może Vernowi trudno było pisać zbyt fantastyczny koncept?
W pewnym momencie Servadac zaczyna ogarniać jak zapewnić sobie jedzenie. Widać jest, że kilka lat wcześniej Verne pisał Tajemniczą wyspę.
Jest XIX wiek, więc Wenus wydaje się być globem, które nie jest piekłem. Jest powietrze, oraz woda. Przy czym widać jak zmieniła się wiedza w ostatnich półtorej wieku. Verne powołał się na Johanna Hieronymusa Schrötera i olbrzymie góry na Wenus, które miały być 10 razy wyższe niż Mount Blanc, czyli 5 razy większe niż Mount Everest. Maxwell Montes są sporo mniejsze, ale w czasach Verne`a nie były one znane. Tutaj refleksja - kolega zwrócił uwagę, że niby nauki fizyczne są bardziej pewne niż nauki humanistyczne, ale w historii wiele rzeczy nie uległy zmianie, podczas gdy w naukach przyrodniczych ciągle się one zmieniają.
Cytat: rs w 28 Wrz 2025, 23:55pewne rzeczy się nie zmieniają.
W sensie absolutnym być może nie, ale jednak inne jest ich natężenie.
Cytat: rs w 28 Wrz 2025, 23:55choć dosyć szybko się okazuje, że to pretekst
Tu przypominają się przyczyny pojedynków bohaterów tyt. z d'Artagnanem z "Trzech muszkieterów".
"— Ale o co się bijesz, Atosie? — zagadnął Aramis.
— Na honor, nie wiem tak bardzo... w ramię mnie uraził. A ty, Portosie?
— Biję się, bo się biję — odparł Portos, czerwieniąc się.
Baczny na wszystko Atos podchwycił złośliwy uśmiech na ustach Gaskończyka.
— Mieliśmy sprzeczkę o ubranie — wtrącił młodzieniec.
— A ty, Aramisie? — pytał dalej Atos.
— Ja biję się o teologię — odrzekł Aramis, spoglądając prosząco na d'Artagnana, by zachował w tajemnicy powód pojedynku.
Atos dostrzegł drugi uśmiech d'Artagnana.
— Doprawdy?... — podchwycił Atos.
— Tak, nie mogliśmy się zgodzić na pewien ustęp ze świętego Augustyna — odezwał się Gaskończyk."Cytat: rs w 28 Wrz 2025, 23:55No, ale to jest serii Niezwykłe Podróże, a nie scenariusz na film dla Emmericha.
Co chyba jednak lepiej.
Cytat: rs w 28 Wrz 2025, 23:55Choć pojawienie się fenomenów związanych z wielkością wyrwanego kawałka Ziemi jest ciekawe.
Co stanowi pewną wartość odkupienną tej b. fantastycznej i niemniej arachaicznej, książki
Cytat: rs w 28 Wrz 2025, 23:55W sumie można w tym się dopatrzeć trochę rasizmu.
I klasizmu w dodatku.
Cytat: rs w 28 Wrz 2025, 23:55Książka nie wydaje się być napisana na poważnie. Może Vernowi trudno było pisać zbyt fantastyczny koncept?
Mam wrażenie, że - tak jak Lem potem - gdy zapuszczał się na zbyt fantastyczne terytorium, wykręcał się trochę żartem, biorąc rzecz w nawias.
Cytat: rs w 28 Wrz 2025, 23:55Tutaj refleksja - kolega zwrócił uwagę, że niby nauki fizyczne są bardziej pewne niż nauki humanistyczne, ale w historii wiele rzeczy nie uległy zmianie, podczas gdy w naukach przyrodniczych ciągle się one zmieniają.
Cóż, nauki przyrodnicze bardziej trzymają się konkretu z jednej strony (historyk nie ma tyle materiału empirycznego), ale z drugiej śmiało zapuszczają na obszary niedokładnie zbadane, co musi owocować większym rozmachem hipotezotwórczym. Do tego ściślak, przyrodnik może dokonywać nowych badań, obserwacji (używając do tego w dodatku coraz nowszych wynalazków), i tym samym weryfikować swój ogląd (Wszech)świata, podczas gdy materiał dostępny historykowi jest b. statyczny (jeśli nie dojdzie do przełomowych odkryć archeologicznych np.), i trudno budować hipotezy idące wbrew dostępnym źródłom, nawet jeśli ograniczona wiarygodność tych ostatnich jest stałym speców od ludzkiej przeszłości utrapieniem.
O polskości kapitana Nemo po raz kolejny:
https://yourrootsinpoland.com/pl/kapitan-nikt-czyli-polak/
Taki, rocznicowy, hołd dla - wspominanego tu - Tarzana:
https://theimaginativeconservative.org/2025/12/edgar-rice-burroughs-tarzan-fantastic-literature-david-deavel.html
Refleksje po latach o "Wyspie doktora Moreau" Wellsa - cz.1:
https://reactormag.com/reading-the-weird-h-g-wells-the-island-of-doctor-moreau-part-1/
Refleksje po latach o "Wyspie doktora Moreau" Wellsa - cz.2-3:
https://reactormag.com/reading-the-weird-h-g-wells-the-island-of-doctor-moreau-part-2/
https://reactormag.com/reading-the-weird-h-g-wells-the-island-of-doctor-moreau-part-3/
I o "Niewidzialnym człowieku" tegoż autora (oraz klasycznej ekranizacji w/w):
https://reactormag.com/youve-seen-the-movie-now-read-the-book-the-invisible-man-by-h-g-wells/
Refleksje o filmie "Island of Lost Souls" Erle'a C. Kentona, według Wellsa:
https://reactormag.com/island-of-lost-souls-sex-and-violence-and-questionable-science-in-pre-code-hollywood/
Takie refleksje nt. Verne'a, jego geniuszu, i znaczenia dla SF:
https://reactormag.com/misunderstanding-the-genius-of-jules-verne-and-why-it-matters-to-science-fiction/
Ewolucja wizji Nautilusa:
https://www.youtube.com/watch?v=-0Et5qUdLRo
Tu mówiśmy o H.G.W., więc i tu dam. Gociek o Wellsie:
https://www.youtube.com/watch?v=R5WUjoxuTps
Refleksje po latach o "Wyspie doktora Moreau" Wellsa - cz.4-7:
https://reactormag.com/reading-the-weird-h-g-wells-the-island-of-doctor-moreau-part-4/
https://reactormag.com/reading-the-weird-h-g-wells-the-island-of-doctor-moreau-part-5/
https://reactormag.com/reading-the-weird-h-g-wells-the-island-of-doctor-moreau-part-6/
https://reactormag.com/the-last-of-this-silly-universe-h-g-wells-the-island-of-doctor-moreau-part-7/